wtorek, 27 grudnia 2011

80 milionów

Po niekrótkich pracach konserwacyjnych nad prawą półkulą mojej mózgownicy a dokładniej nad jej modułem zwanym "weną twórczą" nadszedł czas by przelać na papier (ekran) kilka refleksji związanych z niedawną produkcją z naszego lokalnego podwórka.

PRL po raz kolejny
No własnie - polski przemysł filmowy zdaje się podążać za trendem czyli przedstawianiem socjalistycznej rzeczywistości od każdej możliwej strony. Mamy wolność słowa i wolność mediów? No to jedziemy PZPR i esbecję od góry do dołu i niech młode pokolenie przekona się jak wszyscy wówczas mieli przerąbane. Kontrola każdego ruchu za najmniejsze wychylenie się przed szereg komunistycznego raju Polski Ludowej to własnie aspekt, na który największy nacisk kładzie "80 milionów". 

Służba bezpieczeństwa czy może służba debili?
Na to pytanie film Waldzia Krzystka daje w moim przekonaniu jedną odpowiedź - tajne służby PRL były zbiorem półmózgów i karierowiczów. Zadania przydzielone każdemu z tych "agentów" trzeba było tłumaczyć z polskiego na nasze a żeby doprowadzić je do końca konieczne było prowadzenie za rączkę przez cały czas trwania. W przeciwnym razie bowiem całą "operację" trafiał szlag. Zobrazowało to doskonale multum różnych scen gdzie kpt. Sobczak (genialny Piotr Głowacki) dosadnie tłumaczył, że chce uzyskać nawet najdrobniejszy szczegół z życia "wrogów socjalizmu" by następnie ofukiwać swych podwładnych przez radio za brak kompetencji do wykonania najprostszych poleceń.

Solidarność! Solidarność! czyli chęć przetrwania
80 milionów stara się nam także przedstawić gorącą sytuację w kraju na początku lat 80. XX w. Z jednej strony mamy do czynienia z pewną "odwilżą" ze strony władz, która łaskawie pozwala tworzyć NSZZy, z drugiej natomiast nasila szpiclowanie i terror wśród obywateli szukając haka na rozochocone myślami o wolności społeczeństwo, by nie wspomnieć o zbliżającej się wielkimi krokami pamiętnej dacie 13.12.1981. Ciężkie życie przeciętnego towarzysza w PRL do łatwych nie należało co swe odzwierciedlenie znajduje w filmie. Na dowód warto przytoczyć kilka scen - tzw. smaczków z tamtej epoki. Chłopaki rozprawiają o idei zachachmęcenia tytułowej kwoty a w międzyczasie pchają malucha do stacji benzynowej i gdy już mają wjechać, pracownik wywiesza tabliczkę "Benzyny brak. Zapraszamy jutro". Innym razem, w biurze Solidarności gadają i sprzeczają się na temat walki z komunizmem a jeden z nich wykrzykuje, że ludzie są zbyt zmęczeni na bój z władzami ponieważ w sklepach nie ma nawet podstawowych artykułów spożywczych . Wiele momentów gdy główni bohaterowie spotykali się z tajemniczym jegomościem udzielającym im smakowitych newsów o planach rządzących i każdorazowe sprawdzanie czy czasem nie mają "ogona". To jednak tylko trzy skromne przykłady, których w filmie w bród.

Napad na bank tylko w oczach władz
Z trailerów, spotów i reklam telewizyjnych można było odnieść wrażenie, że główny motyw filmu to własnie obrobienie banku na tę niezłą sumkę. Potencjalny widz mógłby odnieść wrażenie, że byłby to coś w stylu "Ocean's Eleven" czy "Angielskiej Roboty" w peerelowskim sosie - nic bardziej błędnego (spokojnie to nie spoiler - dowiadujemy się o tym na bardzo wczesnym etapie). Cała śląska Solidarność płaciła składki członkowskie jednakże kwota ta była zamrożona w jednym z banków. Dlaczego? Z kilku powodów. Wszystkie sumy o określonej wysokości były raportowane dyrektorowi banku. Banki były państwowe zatem dyrektor o takiej wypłacie natychmiast informował SB. Biorąc pod uwagę, że nawet udałoby się jakoś powyższe problemy przeskoczyć to któż by nie zauważył ludzi wynoszących wielkie torby podróżne z banku? Wszystko to rysuje się na wielki przekręt... lecz tylko dla władz. Kapitalistyczny zachód roześmiałby się w głos słysząc opis tej sytuacji bowiem byłaby to zwyczajna likwidacja konta i wypłata zawartości. W PRL natomiast było to przestępstwo przeciwko socjalistycznemu porządkowi, o poważnym ciężarze, zagrożone kilkuletnim więzieniem. Genialne w swej prostocie idealnie wpisujące się w ówczesne realia.

Wisienka na torcie
Jak dla mnie miłym akcentem było zobaczyć w akcji parę mało znanych twarzy w Polsce. Ujrzeliśmy kilka znakomitych postaci odegranych przez polskie, młode pokolenie aktorów bez zbędnej szycomanii i nataszoświryzmu (Bobek i Frycz mieli de facto epizody jak dla mnie tylko dla przyciągnięcia widzów do kina). Całość prezentuje się całkiem przystępnie i warto się wybrać do kina by poczuć kilka nowych przypraw w kotle z zupą "Kino w klimacie PRL".    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz