sobota, 30 kwietnia 2011

Samuraje po tarantinowsku - o dylogii Kill Bill słów kilka

Nie było mi dane przez dłuższy czas obejrzeć w całości jednej z głośniejszych i leciwej już produkcji Quentina o wdzięcznym tytule Kill Bill. Jako świeżo upieczony fan tegoż reżysera i scenarzysty była to sytuacja niedopuszczalna dlatego też udało mi się naprawić ten błąd wczoraj. Tego dnia bowiem skończyłem krótką przygodę z Czarną Mambą i jej krwawą zemstą na jej byłym pracodawcy. Jak się ta wojaż skończyła - zaraz się okaże.

Kill Bill vol. 1 

Przygoda rozpoczyna się od krótkiego flashbacka sprzed 4 lat kiedy to główna bohaterka dostaje kulkę w łeb od nieznanego bliżej strzelca. Okazuje się jednak, że przeżyła ten eksces i zamierza zemścić się na jej oprawcach. To tyle jeżeli chodzi o scenariusz. Oczywiście w skrócie ponieważ cała historia nie jest wcale taka prosta. Tarantino bowiem przez całą serię stosuje zręczny system takich skoków w przeszłość ukazujących coraz to więcej szczegółów na temat samej bohaterki Thurman jak i pozostałych postaci. Trzeba podkreślić, że system ten bardzo przypadł mi do gustu bowiem film ogląda się z zaciekawieniem do ostatniej minuty przy czym nawet na końcu głód informacji nie zostaje w pełni zaspokojony i druga część jest jak najbardziej uzasadniona. W tej części Quentin wyraźnie postawił na akcję. Jesteśmy bowiem świadkami licznych, krwawych scen akcji pełnych ucinanych głów, kończyn i nienaturalnie tryskających pod sam sufit fontann juchy. Czarna Mamba dostaje także sławny już miecz samurajski wykuty przez najwyśmienitszego mistrza Hattori Hanzo, który to oręż doskonale wykorzystuje zapewniając nam, widzom, wiele batalistycznych wrażeń. Pomysłowość licznych zgonów i ekwilibrystycznych wyczynów nie ma końca co w połączeniu z mocno zorientalizowanym tłem daje bardzo unikalny klimat. Ciekawym pomysłem jest także niekrótka wstawka japońskiego anime z całkiem niezłą kreską przedstawiającym historię jednej z przeciwniczek głównej bohaterki granej przez Lucy Liu. Mimo całego ferworu akcji, ogromnej dawki przemocy i czarnego humoru część ta ma charakter wstępny co widać przez niewielką ilość poruszonych kwestii. 

Kill Bill vol.2

O tyle "jedynka" pokazywała nam niebagatelne umiejętności sztuk walki czy to na pięści czy to przy pomocy ostrych przedmiotów to "dwójka" skupią się na innym aspekcie. Mianowicie, pokazuje nam (ponownie w systemie "skoków w tył") wiele ciekawych szczegółów z przeszłości Czarnej Mamby. Dopiero w volume 2 widać wspaniała galerię przeróżnych postaci, z których każda żyje własnym życiem, ma swoją przeszłość i znajduje się na innym etapie swej egzystencji. Każda z nich to indywidualność i każdej z nich poświęcony jest odrębny rozdział tej historii. W tej części wyraźnie położono nacisk na merytoryczną treść opowiadanego fragmentu biografii głównej bohaterki, której prawdziwe imię wyjawione jest dopiero pod sam koniec (kolejny oryginalny element bowiem gdy któraś z postaci wymawiała to imię było ono zręcznie "wypikiwane" niczym przekleństwo w publicznej TV). Tutaj dopiero wyraźnie zauważalne były umiejętności poszczególnych aktorów (byłem pod szczególnym wrażeniem gry Michaela Madsena) oraz charakterystyczne dla Tarantino długie, na pozór nieistotne dialogi budujące napięcie i klimat. Ciekawym elementem był rozdział opowiadający o treningu Czarnej Mamby u mistrza Pai Mei. Dla wprawnego oka zauważalny był kolejny zabieg kinematograficzny bowiem sam wygląd mistrza kung-fu, praca kamery i odgłosy walki (charakterystyczne ujęcia, ciągłe przeskoki i zbliżenia z jednej twarzy na drugą) przywodzi na myśl chociażby Wejście Smoka. Dla mnie ta tarantinowska, nazwijmy to, "zabawa spuścizną kina" jest najlepszym dowodem kunsztu tego reżysera i mimo jego ekscentryzmu zasługuje na słowa pochwały i pozostaje w spektrum moich ulubionych ludzi przemysłu filmowego. "Dwójka" porusza wiele kwestii, może nawet zbyt wiele, i mimo jedynie dwóch godzin projekcji niektórzy widzowie mogą się poczuć znużeni. Mnie osobiście jednak druga część przygód walecznej i konsekwentnej wojowniczki zdecydowanie bardziej przypadła do gustu.

Podsumowanie

Gwoli zakończenia trzeba wspomnieć o tym, że oba te filmy stanowią komplementarną i spójną całość. W obu częściach występują elementy spajające, zarówno fabularne jak i techniczne, które powodują, że oba filmy zlewają się w jedność. Dla przykładu - podział na rozdziały, który w drugiej części rozpoczyna się od środka, rozbudowane napisy końcowe dwójki ukazujące fragmenty obu woluminów (techniczne) czy też tajemnicze potomstwo głównej bohaterki oraz tytułowy Bill (fabularne). Generalnie jeżeli ktoś jeszcze nie miał okazji widzieć tego dzieła gorąco poleciłbym je obejrzeć w całości od początku do końca jednak wiem, że mogę być trochę nieobiektywny w moich sądach. Przypadkiem dowiedziałem się pisząc ten tekst, że w 2014 roku planowana jest 3 część tego cyklu co niezmiernie mnie ucieszyło i czekam co z tego wyjdzie.        

środa, 13 kwietnia 2011

Oskarowych filmów ciąg dalszy czyli nadrabianie zaległości

Jak to zawsze bywa z powodu braku czasu i mnogości filmów pojawiających się na ekranach pojawiają się zaległości, które trzeba jak najszybciej nadrobić. Teraz w kwietniu 2011 mogę powiedzieć, że moje "tyły" w aktualnej kinematografii zostały w pewnym stopniu nadrobione. 

Zaradna dziewczynka i podstarzały szeryf czyli bracia Cohen na dzikim zachodzie

Prawdziwe męstwo to ciekawa historia o tym jakie to nasze życie ludzkie potrafi być wredne i okrutne. Przekonała się o tym młodziutka Mattie Ross (Haile Steinfeld), której ojciec zginął z ręki paskudnego rzezimieszka. Została na tym świecie sama z chorą matką i małymi dziećmi. Jednak Mattie nawet na chwile nie straciła rezonu i postawiła sobie za cel zemstę za bezsensowną śmierć swego rodziciela. W tym celu wynajmuje rzekomo najlepszego head-huntera w okolicy - szeryfa Cogburn'a - w którego to wciela się znakomity Jeff Bridges. Film przedstawia interesującą opowieść o tym, że w życiu zawsze trzeba przeć na przód i dążyć do celu a sojuszników i prawdziwych przyjaciół można znaleźć pośród ludzi, których nigdy by się o to nie posądzało. Nominacja dla młodziutkiej Steinfeld przyznana bardzo trafnie za wykreowanie samodzielnej i nie przebierającej w słowach nastolatki oraz w pełni zasłużone wyróżnienie dla Bridgesa za doskonały portret zgorzkniałego i aroganckiego rewolwerowca o wątpliwej reputacji.  

Baa... baa... bardzo trudno jest być królem czyli Colin Firth jako Jerzy VI

Wychwalany pod niebiosa i laureat wielu Oscarów Jak zostać królem wzbudził we mnie tylko i wyłącznie pozytywne odczucia. Zdecydowanie zasłużona nagroda dla Colina za niesamowite wykreowanie postaci jąkającego się króla. Ukazał różnorodną i momentami nieprzewidywalną postać o silnym charakterze i determinacji do samodoskonalenia. Dzięki temu filmowi świat mógł w końcu ujrzeć i przekonać się, że monarcha, jak każdy szary człowiek, jest tylko zwykłą i niedoskonałą istotą ludzką z problemami. Film ten to także historia przyjaźni - szczerej i prawdziwej - między ludźmi z różnych światów, którzy mimo barier potrafili znaleźć wspólny język. To także opowieść o tym, że jeżeli ma się wsparcie bliskich osób i chęć działania to przy odpowiednim wkładzie pracy można zdobyć każdy szczyt i osiągnąć co tylko się zechce. Jak zostać królem to poruszająca i wieloaspektowa ilustracja człowieka takim jakim jest godna polecenia każdemu. 

Gdzie jest Jessup? czyli amerykańska rzeczywistość w Winter's Bone

Film mocno osadzony w realiach amerykańskiej prowincji. Bardzo toporny i ciężki w odbiorze z monotonną fabułą. Do szpiku kości do bardzo nieprzystępna dla przeciętnego widza opowieść o trudnym żywocie jednej z wiejskich rodzin w USA w bardzo surowej oprawie wizualnej. Film do mnie kompletnie nie przemówił i poleciłbym go jedynie koneserom.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Rytuał / The Rite (2011)

Od jakiegoś czasu nie byłem w kinie dlatego też przejrzałem pobieżnie kilka repertuarów. Natrafiłem na Rytuał i od razu przykuł moją uwagę, szczególnie ze względu na Anthonego Hopkinsa. No i stało się - poszedłem na seans i ... no właśnie, źle się stało. Już piszę dlaczego.
Na starcie film miał przewagę - oparty na prawdziwych wydarzeniach, złe moce i demony oraz Hopkins jako egzorcysta. Jednak potrzeba było nie więcej niż 20 minut aby mój entuzjazm odszedł w siną dal. Wątpiący, w istnienie nadprzyrodzonych mocy młody kleryk jest tuż przed ostatnimi przysięgami. Michael Kovak (bo tak nazywa się niedoszły klecha) decyduje się złożyć rezygnację i wycofać się w ostatniej chwili. Ojciec przełożony jednak nie chce tracić zdolnego i obiecującego sługi bożego. Proponuje mu (uwaga!) specjalny kurs na egzorcystę odbywający się w Watykanie. Moje pytanie brzmi - że co?! słucham?! Pierwsza niedorzeczność, która wyraźnie odbiła się na moim odbiorze całości. To teraz możemy pojechać sobie do Stolicy Apostolskiej i zrobić dyplom z przepędzania demonów? Co więcej wykłady w ramach tego studium odbywają się w sali niczym ze statku Enterprise przy pomocy futurystycznych urządzeń rodem ze Star Wars. I na tym nie koniec. Kurs prowadzi ksiądz Xavier doskonale władający językiem angielskim z grymasem wypowiadający słowa "Oh, this American" na powitanie Michaela. Watykan zatem kształci profesjonalnych, dyplomowanych egzorcystów. Ciekawa sprawa, może kiedyś skuszę się na taki kursik i wpiszę "Łowca Demonów" w CV.
Mówiąc krótko i zwięźle - im dalej w las tym gorzej. Gdy Michael spotyka się z ojcem Lucasem (Hopkins) akcja nabiera rozpędu. Początkujący kleryk jest świadkiem wielu egzorcyzmów, które można eufemistycznie określić jako banalne żeby nie powiedzieć idiotyczne lub żałosne. Kompletnie nie przekonujące a momentami komiczne sceny wypędzania złych mocy spowodowały, że to co w zamierzeniu twórców miało przerażać w rzeczywistości śmieszyło lub wywoływało pełne politowania spojrzenia. Nawet próba implementacji egzystencjonalnych i filozoficznych rozmów na dogmatyczne tematy religijne tj istnienie Boga i Szatana, czy też empiryzm i racjonalizm kontra wiara, nie wniosły niczego co poprawiłoby całokształt. Rozmowy te nie wywierały żadnym znamiennych skutków w fabule i były jakby poza wszystkim dookoła. Dopatrzyłem się także paru nieścisłości w scenariuszu spoiler start jak np. pojawiająca się ni z gruszki ni z pietruszki żaba podczas egzorcyzmu czy ostateczna scena wypędzania demona z ojca Lucasa kiedy Michael doznaje w jednej chwili nagłego objawienia i zyskuje niesamowitą moc niczym w hollywoodzkich filmach wojennych spoiler stop
Film od statusu kompletnego gniota ratuje jedynie kunszt i warsztat aktorski Hopkinsa. Z jego twarzy można było odczytać wszystkie emocje - gniew, zakłopotanie, zdziwienie czy smutek. Jego naturalność wypowiadania poszczególnych kwestii była zadziwiająca. Co prawda rola roztargnionego egzorcysty odbierającego komórkę podczas rytuału nie była może czymś przełomowym w jego karierze to jednak chylę czoła przed jego umiejętnościami. Ogólnie jednak nie polecam wybierać się do kina - szkoda pieniędzy i czasu. Film ani nie zachwyca oryginalnością scenariusza ani nie pokazuje nic nadzwyczajnego od strony technicznej. Jeżeli natomiast interesuje Was tematyka egzorcyzmów zdecydowanie polecam Egzorczymy Emily Rose, Dorothy Mills oraz jeżeli ktoś nie miał jeszcze okazji widzieć to także klasyki takiego kina czyli Egzorcysta czy Omen.