wtorek, 27 grudnia 2011

80 milionów

Po niekrótkich pracach konserwacyjnych nad prawą półkulą mojej mózgownicy a dokładniej nad jej modułem zwanym "weną twórczą" nadszedł czas by przelać na papier (ekran) kilka refleksji związanych z niedawną produkcją z naszego lokalnego podwórka.

PRL po raz kolejny
No własnie - polski przemysł filmowy zdaje się podążać za trendem czyli przedstawianiem socjalistycznej rzeczywistości od każdej możliwej strony. Mamy wolność słowa i wolność mediów? No to jedziemy PZPR i esbecję od góry do dołu i niech młode pokolenie przekona się jak wszyscy wówczas mieli przerąbane. Kontrola każdego ruchu za najmniejsze wychylenie się przed szereg komunistycznego raju Polski Ludowej to własnie aspekt, na który największy nacisk kładzie "80 milionów". 

Służba bezpieczeństwa czy może służba debili?
Na to pytanie film Waldzia Krzystka daje w moim przekonaniu jedną odpowiedź - tajne służby PRL były zbiorem półmózgów i karierowiczów. Zadania przydzielone każdemu z tych "agentów" trzeba było tłumaczyć z polskiego na nasze a żeby doprowadzić je do końca konieczne było prowadzenie za rączkę przez cały czas trwania. W przeciwnym razie bowiem całą "operację" trafiał szlag. Zobrazowało to doskonale multum różnych scen gdzie kpt. Sobczak (genialny Piotr Głowacki) dosadnie tłumaczył, że chce uzyskać nawet najdrobniejszy szczegół z życia "wrogów socjalizmu" by następnie ofukiwać swych podwładnych przez radio za brak kompetencji do wykonania najprostszych poleceń.

Solidarność! Solidarność! czyli chęć przetrwania
80 milionów stara się nam także przedstawić gorącą sytuację w kraju na początku lat 80. XX w. Z jednej strony mamy do czynienia z pewną "odwilżą" ze strony władz, która łaskawie pozwala tworzyć NSZZy, z drugiej natomiast nasila szpiclowanie i terror wśród obywateli szukając haka na rozochocone myślami o wolności społeczeństwo, by nie wspomnieć o zbliżającej się wielkimi krokami pamiętnej dacie 13.12.1981. Ciężkie życie przeciętnego towarzysza w PRL do łatwych nie należało co swe odzwierciedlenie znajduje w filmie. Na dowód warto przytoczyć kilka scen - tzw. smaczków z tamtej epoki. Chłopaki rozprawiają o idei zachachmęcenia tytułowej kwoty a w międzyczasie pchają malucha do stacji benzynowej i gdy już mają wjechać, pracownik wywiesza tabliczkę "Benzyny brak. Zapraszamy jutro". Innym razem, w biurze Solidarności gadają i sprzeczają się na temat walki z komunizmem a jeden z nich wykrzykuje, że ludzie są zbyt zmęczeni na bój z władzami ponieważ w sklepach nie ma nawet podstawowych artykułów spożywczych . Wiele momentów gdy główni bohaterowie spotykali się z tajemniczym jegomościem udzielającym im smakowitych newsów o planach rządzących i każdorazowe sprawdzanie czy czasem nie mają "ogona". To jednak tylko trzy skromne przykłady, których w filmie w bród.

Napad na bank tylko w oczach władz
Z trailerów, spotów i reklam telewizyjnych można było odnieść wrażenie, że główny motyw filmu to własnie obrobienie banku na tę niezłą sumkę. Potencjalny widz mógłby odnieść wrażenie, że byłby to coś w stylu "Ocean's Eleven" czy "Angielskiej Roboty" w peerelowskim sosie - nic bardziej błędnego (spokojnie to nie spoiler - dowiadujemy się o tym na bardzo wczesnym etapie). Cała śląska Solidarność płaciła składki członkowskie jednakże kwota ta była zamrożona w jednym z banków. Dlaczego? Z kilku powodów. Wszystkie sumy o określonej wysokości były raportowane dyrektorowi banku. Banki były państwowe zatem dyrektor o takiej wypłacie natychmiast informował SB. Biorąc pod uwagę, że nawet udałoby się jakoś powyższe problemy przeskoczyć to któż by nie zauważył ludzi wynoszących wielkie torby podróżne z banku? Wszystko to rysuje się na wielki przekręt... lecz tylko dla władz. Kapitalistyczny zachód roześmiałby się w głos słysząc opis tej sytuacji bowiem byłaby to zwyczajna likwidacja konta i wypłata zawartości. W PRL natomiast było to przestępstwo przeciwko socjalistycznemu porządkowi, o poważnym ciężarze, zagrożone kilkuletnim więzieniem. Genialne w swej prostocie idealnie wpisujące się w ówczesne realia.

Wisienka na torcie
Jak dla mnie miłym akcentem było zobaczyć w akcji parę mało znanych twarzy w Polsce. Ujrzeliśmy kilka znakomitych postaci odegranych przez polskie, młode pokolenie aktorów bez zbędnej szycomanii i nataszoświryzmu (Bobek i Frycz mieli de facto epizody jak dla mnie tylko dla przyciągnięcia widzów do kina). Całość prezentuje się całkiem przystępnie i warto się wybrać do kina by poczuć kilka nowych przypraw w kotle z zupą "Kino w klimacie PRL".    

środa, 13 lipca 2011

Super 8 (2011)

Dawno nic nie nasmarowałem z kilku względów. Po pierwsze nie za bardzo miałem czas na oglądanie filmów a po drugie nieco zabrakło mi weny twórczej. Uznałem jednak, że lipiec to najlepszy moment na wielki powrót najwybitniejszego recenzenta filmowego XXI w. Spontaniczny wypad do kina gdzie przywitała mnie praktycznie pusta sala okazała się całkiem niezłym pomysłem bowiem Super 8 to całkiem przystępny kawałek kina.
Historia jest prosta jak świński ogon. Grupa dzieciaków kręci film na stacji kolejowej w niewielkim miasteczku w USA. Zrządzenie losu nominowało ich jednak jako świadków najpoważniejszego wypadku kolejowego w historii ich miejscowości. Sprawy nabierają rozpędu gdy na miejscu znajdują swojego nauczyciela biologii, który naumyślnie wjechał na tory a przy całej sprawie zaczyna węszyć wojsko próbujące zatuszować prawdę. Na domiar złego w miasteczku w niewyjaśnionych okolicznościach giną ludzie a do szeryfa napływa coraz więcej dziwnych skarg.
W scenariuszu nie dopatrzyłem się żadnych istotnych luk czy nieścisłości. Wszystko wydaje się być dość spójne może poza akcją z uciekającymi psami, które to wydarzenie pozostawało oderwane od reszty i ostatecznie nie wpłynęło w żaden sposób finał historii. W filmie niemałym zaskoczeniem była dla mnie dawka humoru. Mimo, że filmu w żaden sposób nie można zaliczyć do komedii (generalnie ciężko jest sklasyfikować ale o tym później) to z rozmowy dzieciaków odgrywających główne role przysparzały mnie o częste wybuchy śmiechu. Zdecydowanie wpływa to pozytywnie na odbiór filmu i co więcej cała ta dawka humoru towarzyszy nam do końca. Raz po raz któryś z pociesznych, niedoszłych filmowców rzuci jakąś docinkę swemu rówieśnikowi czy też skomentuje obecną sytuację co zaowocuje wybuchem spontanicznej radości. Dodatkowym elementem, który mnie osobiście przypadł do gustu to umieszczenie akcji filmu na przełomie lat 70 i 80 dwudziestego wieku. Gustuję w klimatach retro a zobaczyć na ekranie Mustanga dodatkowo dodaje smaczku. Stąd właśnie problem z klasyfikacją tej produkcji ja jednak wsadziłbym ją do worka sci-fi. Efekty specjalne na wysokim poziomie (brawo panie Spielberg) oraz budowanie napięcia na wzór serii filmów o Alienie. 
Kilka słów krytyki. Generalnie miałem wrażenie, że film toczy się dwutorowo. Pierwszy wątek to historia powiązana z wypadkiem i jej logiczne następstwa a drugi życie osobiste poszczególnych bohaterów. W drugim z nich mamy śmierć matki syna szeryfa i jego próby nawiązania kontaktów z synem, nastoletnią miłość, pasję młodych ludzi i ścieranie się różnych charakterów, ojca alkoholika i wiele innych kwestii. Wszystkie te relacje jakkolwiek ciekawe mają znikomy wpływ na rozwój wypadków i stanowią jedynie tło spokojnie mogące utworzyć scenariusz na oddzielny film. Druga kwestia (wiem może i się czepiam) głowni bohaterowie to przede wszystkim dzieci, nastolatki. Nierealnym wydaje mi się by ich rówieśnik postawiony w sytuacjach filmowych (wypadek samochodowy, wybuchające wagony i spadające wokół palące się szczątki, wojskowa strzelanina czy wszelkie inne pirotechniczne zawieruchy) byłyby w stanie zachować zimną krew i racjonalnie myśleć. Poza jednym bohaterem, który w sytuacjach krytycznych wymiotował i trząsł portkami, pozostali bohaterowie zawsze wychodzili z opresji zachowując się jak zimnokrwiści żołnierze Navy Seals. Ale to tylko moje spostrzeżenie i c'mon it's only a movie gimme a break.  

sobota, 30 kwietnia 2011

Samuraje po tarantinowsku - o dylogii Kill Bill słów kilka

Nie było mi dane przez dłuższy czas obejrzeć w całości jednej z głośniejszych i leciwej już produkcji Quentina o wdzięcznym tytule Kill Bill. Jako świeżo upieczony fan tegoż reżysera i scenarzysty była to sytuacja niedopuszczalna dlatego też udało mi się naprawić ten błąd wczoraj. Tego dnia bowiem skończyłem krótką przygodę z Czarną Mambą i jej krwawą zemstą na jej byłym pracodawcy. Jak się ta wojaż skończyła - zaraz się okaże.

Kill Bill vol. 1 

Przygoda rozpoczyna się od krótkiego flashbacka sprzed 4 lat kiedy to główna bohaterka dostaje kulkę w łeb od nieznanego bliżej strzelca. Okazuje się jednak, że przeżyła ten eksces i zamierza zemścić się na jej oprawcach. To tyle jeżeli chodzi o scenariusz. Oczywiście w skrócie ponieważ cała historia nie jest wcale taka prosta. Tarantino bowiem przez całą serię stosuje zręczny system takich skoków w przeszłość ukazujących coraz to więcej szczegółów na temat samej bohaterki Thurman jak i pozostałych postaci. Trzeba podkreślić, że system ten bardzo przypadł mi do gustu bowiem film ogląda się z zaciekawieniem do ostatniej minuty przy czym nawet na końcu głód informacji nie zostaje w pełni zaspokojony i druga część jest jak najbardziej uzasadniona. W tej części Quentin wyraźnie postawił na akcję. Jesteśmy bowiem świadkami licznych, krwawych scen akcji pełnych ucinanych głów, kończyn i nienaturalnie tryskających pod sam sufit fontann juchy. Czarna Mamba dostaje także sławny już miecz samurajski wykuty przez najwyśmienitszego mistrza Hattori Hanzo, który to oręż doskonale wykorzystuje zapewniając nam, widzom, wiele batalistycznych wrażeń. Pomysłowość licznych zgonów i ekwilibrystycznych wyczynów nie ma końca co w połączeniu z mocno zorientalizowanym tłem daje bardzo unikalny klimat. Ciekawym pomysłem jest także niekrótka wstawka japońskiego anime z całkiem niezłą kreską przedstawiającym historię jednej z przeciwniczek głównej bohaterki granej przez Lucy Liu. Mimo całego ferworu akcji, ogromnej dawki przemocy i czarnego humoru część ta ma charakter wstępny co widać przez niewielką ilość poruszonych kwestii. 

Kill Bill vol.2

O tyle "jedynka" pokazywała nam niebagatelne umiejętności sztuk walki czy to na pięści czy to przy pomocy ostrych przedmiotów to "dwójka" skupią się na innym aspekcie. Mianowicie, pokazuje nam (ponownie w systemie "skoków w tył") wiele ciekawych szczegółów z przeszłości Czarnej Mamby. Dopiero w volume 2 widać wspaniała galerię przeróżnych postaci, z których każda żyje własnym życiem, ma swoją przeszłość i znajduje się na innym etapie swej egzystencji. Każda z nich to indywidualność i każdej z nich poświęcony jest odrębny rozdział tej historii. W tej części wyraźnie położono nacisk na merytoryczną treść opowiadanego fragmentu biografii głównej bohaterki, której prawdziwe imię wyjawione jest dopiero pod sam koniec (kolejny oryginalny element bowiem gdy któraś z postaci wymawiała to imię było ono zręcznie "wypikiwane" niczym przekleństwo w publicznej TV). Tutaj dopiero wyraźnie zauważalne były umiejętności poszczególnych aktorów (byłem pod szczególnym wrażeniem gry Michaela Madsena) oraz charakterystyczne dla Tarantino długie, na pozór nieistotne dialogi budujące napięcie i klimat. Ciekawym elementem był rozdział opowiadający o treningu Czarnej Mamby u mistrza Pai Mei. Dla wprawnego oka zauważalny był kolejny zabieg kinematograficzny bowiem sam wygląd mistrza kung-fu, praca kamery i odgłosy walki (charakterystyczne ujęcia, ciągłe przeskoki i zbliżenia z jednej twarzy na drugą) przywodzi na myśl chociażby Wejście Smoka. Dla mnie ta tarantinowska, nazwijmy to, "zabawa spuścizną kina" jest najlepszym dowodem kunsztu tego reżysera i mimo jego ekscentryzmu zasługuje na słowa pochwały i pozostaje w spektrum moich ulubionych ludzi przemysłu filmowego. "Dwójka" porusza wiele kwestii, może nawet zbyt wiele, i mimo jedynie dwóch godzin projekcji niektórzy widzowie mogą się poczuć znużeni. Mnie osobiście jednak druga część przygód walecznej i konsekwentnej wojowniczki zdecydowanie bardziej przypadła do gustu.

Podsumowanie

Gwoli zakończenia trzeba wspomnieć o tym, że oba te filmy stanowią komplementarną i spójną całość. W obu częściach występują elementy spajające, zarówno fabularne jak i techniczne, które powodują, że oba filmy zlewają się w jedność. Dla przykładu - podział na rozdziały, który w drugiej części rozpoczyna się od środka, rozbudowane napisy końcowe dwójki ukazujące fragmenty obu woluminów (techniczne) czy też tajemnicze potomstwo głównej bohaterki oraz tytułowy Bill (fabularne). Generalnie jeżeli ktoś jeszcze nie miał okazji widzieć tego dzieła gorąco poleciłbym je obejrzeć w całości od początku do końca jednak wiem, że mogę być trochę nieobiektywny w moich sądach. Przypadkiem dowiedziałem się pisząc ten tekst, że w 2014 roku planowana jest 3 część tego cyklu co niezmiernie mnie ucieszyło i czekam co z tego wyjdzie.        

środa, 13 kwietnia 2011

Oskarowych filmów ciąg dalszy czyli nadrabianie zaległości

Jak to zawsze bywa z powodu braku czasu i mnogości filmów pojawiających się na ekranach pojawiają się zaległości, które trzeba jak najszybciej nadrobić. Teraz w kwietniu 2011 mogę powiedzieć, że moje "tyły" w aktualnej kinematografii zostały w pewnym stopniu nadrobione. 

Zaradna dziewczynka i podstarzały szeryf czyli bracia Cohen na dzikim zachodzie

Prawdziwe męstwo to ciekawa historia o tym jakie to nasze życie ludzkie potrafi być wredne i okrutne. Przekonała się o tym młodziutka Mattie Ross (Haile Steinfeld), której ojciec zginął z ręki paskudnego rzezimieszka. Została na tym świecie sama z chorą matką i małymi dziećmi. Jednak Mattie nawet na chwile nie straciła rezonu i postawiła sobie za cel zemstę za bezsensowną śmierć swego rodziciela. W tym celu wynajmuje rzekomo najlepszego head-huntera w okolicy - szeryfa Cogburn'a - w którego to wciela się znakomity Jeff Bridges. Film przedstawia interesującą opowieść o tym, że w życiu zawsze trzeba przeć na przód i dążyć do celu a sojuszników i prawdziwych przyjaciół można znaleźć pośród ludzi, których nigdy by się o to nie posądzało. Nominacja dla młodziutkiej Steinfeld przyznana bardzo trafnie za wykreowanie samodzielnej i nie przebierającej w słowach nastolatki oraz w pełni zasłużone wyróżnienie dla Bridgesa za doskonały portret zgorzkniałego i aroganckiego rewolwerowca o wątpliwej reputacji.  

Baa... baa... bardzo trudno jest być królem czyli Colin Firth jako Jerzy VI

Wychwalany pod niebiosa i laureat wielu Oscarów Jak zostać królem wzbudził we mnie tylko i wyłącznie pozytywne odczucia. Zdecydowanie zasłużona nagroda dla Colina za niesamowite wykreowanie postaci jąkającego się króla. Ukazał różnorodną i momentami nieprzewidywalną postać o silnym charakterze i determinacji do samodoskonalenia. Dzięki temu filmowi świat mógł w końcu ujrzeć i przekonać się, że monarcha, jak każdy szary człowiek, jest tylko zwykłą i niedoskonałą istotą ludzką z problemami. Film ten to także historia przyjaźni - szczerej i prawdziwej - między ludźmi z różnych światów, którzy mimo barier potrafili znaleźć wspólny język. To także opowieść o tym, że jeżeli ma się wsparcie bliskich osób i chęć działania to przy odpowiednim wkładzie pracy można zdobyć każdy szczyt i osiągnąć co tylko się zechce. Jak zostać królem to poruszająca i wieloaspektowa ilustracja człowieka takim jakim jest godna polecenia każdemu. 

Gdzie jest Jessup? czyli amerykańska rzeczywistość w Winter's Bone

Film mocno osadzony w realiach amerykańskiej prowincji. Bardzo toporny i ciężki w odbiorze z monotonną fabułą. Do szpiku kości do bardzo nieprzystępna dla przeciętnego widza opowieść o trudnym żywocie jednej z wiejskich rodzin w USA w bardzo surowej oprawie wizualnej. Film do mnie kompletnie nie przemówił i poleciłbym go jedynie koneserom.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Rytuał / The Rite (2011)

Od jakiegoś czasu nie byłem w kinie dlatego też przejrzałem pobieżnie kilka repertuarów. Natrafiłem na Rytuał i od razu przykuł moją uwagę, szczególnie ze względu na Anthonego Hopkinsa. No i stało się - poszedłem na seans i ... no właśnie, źle się stało. Już piszę dlaczego.
Na starcie film miał przewagę - oparty na prawdziwych wydarzeniach, złe moce i demony oraz Hopkins jako egzorcysta. Jednak potrzeba było nie więcej niż 20 minut aby mój entuzjazm odszedł w siną dal. Wątpiący, w istnienie nadprzyrodzonych mocy młody kleryk jest tuż przed ostatnimi przysięgami. Michael Kovak (bo tak nazywa się niedoszły klecha) decyduje się złożyć rezygnację i wycofać się w ostatniej chwili. Ojciec przełożony jednak nie chce tracić zdolnego i obiecującego sługi bożego. Proponuje mu (uwaga!) specjalny kurs na egzorcystę odbywający się w Watykanie. Moje pytanie brzmi - że co?! słucham?! Pierwsza niedorzeczność, która wyraźnie odbiła się na moim odbiorze całości. To teraz możemy pojechać sobie do Stolicy Apostolskiej i zrobić dyplom z przepędzania demonów? Co więcej wykłady w ramach tego studium odbywają się w sali niczym ze statku Enterprise przy pomocy futurystycznych urządzeń rodem ze Star Wars. I na tym nie koniec. Kurs prowadzi ksiądz Xavier doskonale władający językiem angielskim z grymasem wypowiadający słowa "Oh, this American" na powitanie Michaela. Watykan zatem kształci profesjonalnych, dyplomowanych egzorcystów. Ciekawa sprawa, może kiedyś skuszę się na taki kursik i wpiszę "Łowca Demonów" w CV.
Mówiąc krótko i zwięźle - im dalej w las tym gorzej. Gdy Michael spotyka się z ojcem Lucasem (Hopkins) akcja nabiera rozpędu. Początkujący kleryk jest świadkiem wielu egzorcyzmów, które można eufemistycznie określić jako banalne żeby nie powiedzieć idiotyczne lub żałosne. Kompletnie nie przekonujące a momentami komiczne sceny wypędzania złych mocy spowodowały, że to co w zamierzeniu twórców miało przerażać w rzeczywistości śmieszyło lub wywoływało pełne politowania spojrzenia. Nawet próba implementacji egzystencjonalnych i filozoficznych rozmów na dogmatyczne tematy religijne tj istnienie Boga i Szatana, czy też empiryzm i racjonalizm kontra wiara, nie wniosły niczego co poprawiłoby całokształt. Rozmowy te nie wywierały żadnym znamiennych skutków w fabule i były jakby poza wszystkim dookoła. Dopatrzyłem się także paru nieścisłości w scenariuszu spoiler start jak np. pojawiająca się ni z gruszki ni z pietruszki żaba podczas egzorcyzmu czy ostateczna scena wypędzania demona z ojca Lucasa kiedy Michael doznaje w jednej chwili nagłego objawienia i zyskuje niesamowitą moc niczym w hollywoodzkich filmach wojennych spoiler stop
Film od statusu kompletnego gniota ratuje jedynie kunszt i warsztat aktorski Hopkinsa. Z jego twarzy można było odczytać wszystkie emocje - gniew, zakłopotanie, zdziwienie czy smutek. Jego naturalność wypowiadania poszczególnych kwestii była zadziwiająca. Co prawda rola roztargnionego egzorcysty odbierającego komórkę podczas rytuału nie była może czymś przełomowym w jego karierze to jednak chylę czoła przed jego umiejętnościami. Ogólnie jednak nie polecam wybierać się do kina - szkoda pieniędzy i czasu. Film ani nie zachwyca oryginalnością scenariusza ani nie pokazuje nic nadzwyczajnego od strony technicznej. Jeżeli natomiast interesuje Was tematyka egzorcyzmów zdecydowanie polecam Egzorczymy Emily Rose, Dorothy Mills oraz jeżeli ktoś nie miał jeszcze okazji widzieć to także klasyki takiego kina czyli Egzorcysta czy Omen.
      

wtorek, 15 marca 2011

The Fighter (2010)

Boks to dyscyplina sportu będąca w spektrum zainteresowania przemysłu filmowego od dawna. Poczynając od klasyki kina czyli Wściekłego Byka z Robertem DeNiro, poprzez ulubiony tasiemiec komercyjnych stacji telewizyjnych ze Stallonem, kończąc na całkiem nowych produkcjach tak jak opisywany przeze mnie Wskrzeszenie Mistrza z Saulem L. Jacksonem czy Cinderella Man z Russellem Crowe w roli Jimmy'ego Bradocka. Fighter także kręci się wokół boksu - osoby niegdyś będącej u szczytu sławy oraz młodego, obiecującego sportowca. Są to bracia Dicky Eklund (Christian Bale) oraz Micky Ward (Mark Wahlberg). Na pierwszy plan wysuwa się także bardzo liczna i specyficzna rodzinka tych dwóch bokserów, w szczególności do przesady troskliwa i zaborcza mamusia Alice (Melissa Leo).
Film przedstawia nam bardzo pokręcone realia w których żyją głowni bohaterowie. Niemłody już jak na zawodowy sport Micky trenuje pod okiem swojego brata, a jego menedżerem jest nie kto inny jak ukochana mamusia. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że Dicky od lat jest uzależniony od cracku i całe dnie spędza w nieodległej melinie nie przychodząc tym samym na treningi. Alice natomiast nie widząc poważnego problemu swego pierworodnego uważa, że tylko rodzina może zapewnić Mickiemu zarówno szczęście jak i sukces zawodowy. Niestety sytuacja nie przedstawia się tak kolorowo ponieważ polityka menadżerska całej tej familii okazuje się być nieracjonalna i kierowana bliżej nieokreślonymi pobudkami. Czara goryczy przelewa się w momencie gdy młodszy z braci dostaje solidnego łupnia od 9 kilo cięższego przeciwnika, z którym w ogóle nie powinien był walczyć. Wówczas Mickey poznaje lokalną barmankę, która okazuje się być jego bratnią duszą i gotowa jest go wspomóc na wyboistej drodze do lepszego jutra.
Fighter jest filmem gdzie boks stanowi pewien element spajający. Co prawda życie bohaterów cały czas skupione jest na tej dyscyplinie sportu jednak obraz ten ma zdecydowanie szerszy kontekst. Pokazuje bowiem jak wygląda życie sportowca z małej amerykańskiej miejscowości Lowell - członka niewielkiej społeczności gdzie każdy wie wszystko o każdym. Mieszkańcy trzymają się w zwartych kręgach, najczęściej w gronie rodziny i najbliższych przyjaciół. Gdy tylko coś się wydarzy, niezależnie czy dobrego czy wręcz przeciwnie, natychmiast jest o tym głośno w całej okolicy. Fighter pokazuje także, dla mnie patologiczny, obraz rodziny Mickiego i Dickiego. Mamusia mająca mająca monopol na rację i obsesję na punkcie "obcych", których jedynym celem jest oszustwo i wyzysk jej ukochanych synków. Alice jest dumna ze swojego pierworodnego i cały czas żyje jego sukcesami z przeszłości. Jej zdaniem Micky bez swojego brata nie ma szans na sukces co oczywiście jest sprzeczne z rzeczywistością. Dicky natomiast, niegdyś Duma Lowell, jest nikim więcej jak tylko lokalnym ćpunem, włóczącym się po okolicy, spędzający czas w lokalnej melinie i parający się drobnymi przestępstwami. Żyje marzeniami o chwale, która kiedyś była na wyciągnięcie ręki. W środku tej całej spirali beznadziejności i stagnacji żyje Micky - głodny sukcesu, ambitny i utalentowany młody bokser. Jednak mając z jednej strony zawistną i zaborczą mamusię wpatrzoną w swojego starszego, staczającego się syna jak w obrazek a z drugiej Dickiego kompletnie oderwanego od świata zewnętrznego Ward nie ma szans na wybicie się. Młodym bokserem targają przeciwstawne emocje. Kocha swoją rodzinę i wszystkie swoje umiejętności zawdzięcza bratu jednak widzi również w pełni obiektywnie, że znajduje się impasie i musi podjąć zdecydowanie kroki by go przełamać.
Świetna gra aktorska Christiana Bale'a zdecydowanie wzbogaciła postać Dickiego Eklunda. Musiał sporo schudnąć ponieważ w filmie wyglądał jak śmierć na chorągwi. Synteza wiarygodnego wyglądu oraz przekonującej gry aktorskiej ukazały nam uderzający obraz człowieka uzależnionego od narkotyków. Zgadzam się także z nominacją do Oscara Melissy Leo za drugoplanową rolę kobiecą. Ukazanie niezwykle barwnej postaci Alice nieznacznie odstawała od roli Bale'a. Zawiodłem się jedynie na końcówce od której wiało schematyzmem i przewidywalnością. Całokształt jednak prezentuje się bardzo ciekawie i warto poświęcić na ten film chwilę wolnego czasu.    
 

piątek, 11 marca 2011

Opór / Defiance (2008)

Krótko o wczorajszej domowej projekcji. Przeglądając internet dowiedziałem się, że na TVN-ie leci jakiś film z Craigiem w realiach WWII. Czym prędzej przełączyłem mój odbiornik na wspomniany kanał. Rzadko oglądam filmy na tego typu stacjach z jednego wiadomego, znanego wszystkim względu - reklam. Tym razem zrobiłem jednak wyjątek ze względu na tematykę ostatnio będącą w obszarze moich zainteresowań. 
Film wprowadza nas w realia wojennych prześladowań i mordów żydów w europie wschodniej. Heroiczni bracia Bielscy próbują wraz z kilkoma uciekinierami ukryć się i przetrwać w jednym z białoruskich lasów. Jednak wieść o ich poczynaniach szybko się rozchodzi i do ich obozu napływają coraz to nowe ofiary prześladowań. Jako ludzie o wielkich sercach przyjmują ich do swojego grona, które ostatecznie urasta do wielkości małej społeczności. Film przedstawia nam wzloty i upadki tego przedsięwzięcia, problemy jakie  wiążą się z utrzymaniem w homeostazie tak dużej grupy ludzi w warunkach ciągłego zagrożenia ze strony niemieckiego agresora. 
Zacznę od tego, że jest to oczywiście produkcja amerykańska i widać to na każdym kroku. Za każdym razem trochę śmieszy mnie obsadzanie aktorów hollywoodzkich czy ogólnie anglojęzycznych w rolach europejczyków, w szczególności ze wschodniej części tego kontynentu. Przykładów takiego zabiegu jest kilka jak chociażby Adrien Brody jako Szpilman w Pianiście czy Nicolas Cage wcielający się w postać rosyjskiego handlarza bronią Jurij Orlova. W "Oporze" Daniel Craig kreuje natomiast postać Białorusina Tuvia Bielskiego. Efekt tego jest dość komiczny bo aktor ten, z pochodzenia Brytyjczyk, za wszelką cenę stara się nadać swej wymowie słowiański akcent. Nie pozostają mu dłużni pozostali odtwórcy głównych ról jak np. Liev Schreiber czy Jamie Bell - pozostali bracia Bielscy. Nie wpływa to natomiast na grę aktorską, która jest na całkiem niezłym poziomie.
Jak wspomniałem film jest, mimo przytoczonych realiów, na wskroś amerykański. Nie brakuje tu bowiem dramaturgii, heroizmu i bohaterstwa w walce, charyzmatycznych indywiduów i podbudowujących na duchu przemów do ogółu. Nie zabrakło także wątków miłosnych, wzruszających scen i samozwańczych, kompletnie nijak się mających do realizmu wojny akcji militarnych. Jesteśmy także świadkami braterskich waśni i rywalizacji oraz rozważań na temat moralności dokonywanych czynów. Ciekawym aspektem jest różnorodność postaci i cała galeria różnych charakterów, które w mniejszym lub większym stopniu wywierają jakiś wpływ na funkcjonowanie "Partyzantów Bielskiego". Film jest dość długi i biorąc pod uwagę liczne przerywniki trzeba było na niego poświęcić sporo czasu. Nie uważam jednak by był to czas stracony. Scenariusz jest bowiem oparty na faktach i można poznać historię zwykłych ludzi dla których dobro współbratymców jest wartością nadrzędną.          

piątek, 4 marca 2011

Sala samobójców (2011)

Od momentu gdy zobaczyłem zwiastun tego filmu byłem niezmiernie ciekawy co może z tego wyniknąć. Polski thriller w dodatku o dosyć aktualnej tematyce na prawdę wzbudzał mieszane uczucia. Po dzisiejszym seansie moje wątpliwości zostały rozwiane. Podkreślam jednak, że jedyne co wiedziałem o tym filmie przed projekcją to to co ujrzałem na trailerze i takie podejście polecam innym kinomaniakom wybierającym się na seans (koniecznie do kina!). Dlatego też osobom nie mającym jeszcze okazji ujrzeć na własne oczy tej produkcji polecam zaprzestać czytania (mówię poważnie, ponieważ wasz obiektywizm odbioru może zostać niepostrzeżenie i zupełnie niepotrzebnie zaburzony) i czym prędzej udać się do najbliższego Cinema City, Silver Screen czy cokolwiek tam macie pod ręką.
Najlepiej, jak to mówią, zacząć od początku a zatem i tak się stanie. Film wprowadza nas w historię trzyosobowej na pozór szczęśliwej i kochającej się rodziny. Ojciec (Pieczyński) jest dobrze zapowiadającym się politykiem i ekspertem w jednym z polskich ministerstw, matka (Agata Kulesza) to zapracowana i rozchwytywana projektantka mody, natomiast syn Dominik (Jakub Gierszał) typowy niczym się niewyróżniający licealista z maturą i studniówką zapasem. Tak to się po krótce przedstawia i, chciałoby się rzec wieje nudą. Ot będzie to kolejny dramacik obyczajowy w troszkę innej otoczce. Innej ponieważ Dominik, tak jak wszyscy jego znajomi, jest częstym bywalcem portali społecznościowych stanowiących swoista platformę gdzie rozgrywa się spora część życia towarzyskiego. Na Facebooku bowiem uwieczniane są najważniejsze wydarzenia, które są następnie akceptowane (fejsbukowe lubię to!) lub soczyście i bez ogródek "zjeżdżane". I tutaj zapewne nie tylko na mojej twarzy pojawił się wyraz, który można by streścić jako "czyżby gniot o fejsbukowych trollach i słitaśnych fociach?". Nie ukrywam, że mina ta w miarę rozwoju wydarzeń znikła z mego oblicza ustępując miejsca ciekawości i miłemu zaskoczeniu. Głównemu bohaterowi bowiem, na jego nieszczęście, przytrafia się pewne nieciekawe przeżycie i na domiar złego uczestniczy w nim także jego przyjaciel, który nie omieszkał opisać to na wspomnianym portalu społecznościowym. W tym właśnie momencie Dominik czuje, że jego świat jakim go znał trzęsie się w posadach i wszystko wali mu się na głowę. Jego zdaniem rozwiązanie problemów leży w ucieczce do wirtualnego świata gry online, gdzie można się stać kimkolwiek zechcesz i robić co tylko się zamarzy. Główny bohater stara się to zrobić pod przewodnictwem nowo poznanej w tym właśnie świecie, tajemniczej Sylwii (Roma Gąsiorowska).
Film dotyka bardzo ciekawej lecz niezbyt oryginalnej tematyki. Rzeczywistość wirtualna bowiem i problemy z nią związane są dyskutowane już od dłuższego czasu zarówno w mediach jak i na forach internetowych a także w zwykłych codziennych rozmowach. Ludzie starają się dotrzeć do sedna sprawy i do tego co tak na prawdę jest problemem w tym wszystkim. Ten film właśnie dotyka tych kwestii. Dociera to jądra problemu i pokazuje czym tak na prawdę jest ucieczka w inny równoległy i nieprawdziwy świat. Wskazuje także moment ścierania się tych dwóch światów. Konfrontowane są dwa różne wymiary i dwie kompletne różne świadomości. Z jednej strony mamy zagubionego nastolatka z lekko zwichrowaną psychiką. Ma on swoje własne problemy, które traktuje nader poważnie i dzieli się z nimi ze swoimi internetowymi przyjaciółmi, żyjąc w przekonaniu, że jego doczesny świat nie znajdzie rozwiązania jego bolączek. Z drugiej strony mamy rodziców Dominika, zajętych swoimi karierami. Sądzą, że znają swojego syna, myśląc, że wiedzą co go trapi oraz bagatelizują jego kłopoty. Film ten pokazuje kontrast między tym co jest istotne dla osoby mającej styczność z internetową egzystencją a tym co tak na prawdę trapi ludzi twardo stąpających po ziemi. Dla Dominika tragedią było odłączenie stałego łącza i niemożność zalogowania się do "drugiego świata". Rodzice natomiast, zapaleni karierowicze, nie zwracali uwagi na stan zdrowia chłopaka. Zdanie matury czy gra pozorów szczęśliwej rodziny przed ważnymi znajomymi miały dla nich większe znaczenie od tego co tak na prawdę trapi młodego chłopaka. To czysto pragmatyczne i racjonalne podejście bliskich Dominika stanowiło podstawową różnicę i kość niezgody pomiędzy tymi dwoma światami. W "Sali samobójców" (bo tak nazywała się kraina w której przebywał główny bohater) uczestnicy byli kierowani przez jakiś ultymatywny i ponaddoczesny cel. Stali wyżej w hierarchii od wszystkich "gorszych" ludzi z zewnątrz. Dla nich świat nie istniał bo wszystko mieli na wyciągnięcie ręki. Rodzice patrzyli z innej perspektywy. Rozważali nękającą ich ciężką sytuację z wychowawczego punktu widzenia ciągle powtarzając "czego on jeszcze od nas chce, przecież daliśmy mu wszystko co dla niego najlepsze".
Sala samobójców stanowi także mozaikę różnych postaci i różnych charakterów. Każdy z bohaterów jest indywidualnością co wyraźnie się da zauważyć dzięki wiarygodnej grze aktorskiej. Nawet osoby nie odgrywające szczególnej roli dla całego obrazu wnoszą do filmu coś od siebie ukazując świat ludzki pełen różnorodności i odmiennych poglądów na otaczającą rzeczywistość. Daje to pewien całokształt, który pozwala spojrzeć na przedstawiany problem z różnych punktów widzenia i dzięki temu widz może się utożsamić z którymś z nich. Realizm wspomagają także dobrze ułożone i bardzo naturalnie brzmiące dialogi oraz mocny, bezpośredni przekaz. Ciekawym elementem są także fragmenty wirtualnej egzystencji bohaterów przedstawione za pomocą grafiki komputerowej pozwalające nam się wczuć w technologiczny wydźwięk filmu. Całość wieńczy świetna ścieżka dźwiękowa racząca nas fajnymi i chwytliwymi rockowymi kawałkami. Ogólnie rzecz biorąc film jest godny polecenia i trzeba przyznać, twórcy stanęli na wysokości zadania. Przedstawili nam bowiem istotę a nie jedynie powierzchowne kwestie problemu uciekania w wirtualną rzeczywistość. 

czwartek, 24 lutego 2011

Maczeta / Machete (2010)


Do tej produkcji, przyznam się szczerze, podchodziłem z bardzo pozytywnym nastawieniem. Generalnie w moim otoczeniu film ten chwalono i wśród subiektywnych opinii słychać było przeważnie dobre komentarze. Wiadomym faktem jest, że do dzieł Rodrigueza należy podchodzić z dystansem oraz brać poprawkę na jego stylistykę, humor oraz bezsprzeczny ekscentryzm i nietypowość. Patrząc przez ten pryzmat trzeba przyznać, że jest to całkiem udany kawałek kina akcji, biorąc pod uwagę także kwestię, że Maczeta początkowo miała być jedynie trailerem nie mającym ujrzeć światła dziennego jako pełnometrażowy film. 
Na początek podkreślenia wymaga obsada głównej roli. Wspomniany reżyser znany jest ze współpracy przede wszystkim z dwiema osobami: Quentinem Tarantino i aktorem Dannym Trejo. Tego drugiego widzieliśmy, włączając w to opisywany tutaj film, aż w 14 (!) produkcjach spod skrzydeł Rodrigueza, jednak zawsze odgrywał postacie drugoplanowe. Tym razem jest inaczej i pierwsze skrzypce w Maczecie gra nie kto inny jak opisywany wyżej aktor o meksykańskich korzeniach. Uważam, że pasuje on do tej roli jak ulał. Mam pewne wątpliwości czy film ten nie był czasem nakręcony właśnie z myślą o panu Trejo na czele dla uwieńczenia współpracy z Rodriguezem. Poza tym ciekawym ale trafnym rozwiązaniem dotyczącym obsady pozostała jej część także nie pozostaje w tyle bowiem na ekranie można zobaczyć takie sławy jak Robert DeNiro, Jessica Alba, Lindsay Lohan, Michelle Rodriguez, Don Johnson, Cheech Martin czy Steven Segal. Mamy zatem do czynienia z naprawdę zaskakującą plejadą gwiazd w filmie, który miał być jedynie żartobliwą cut-scenką. Niewątpliwie jest to bardzo miły aspekt tej produkcji zdecydowanie wpływający na jej odbiór.
Scenariusz nie jest zbyt rozbudowany i można by nawet rzec, że jest jedynie dodatkiem do całego obrazu. Skorumpowany senator John MacLaughlin (Robert DeNiro) prowadzi bezwzględną wojnę z imigrantami z Meksyku. Machete Cortez (Danny Trejo) dostaje zlecenie by zabić wspomnianego polityka jednak zostaje wystawiony. Po tym zajściu, które udaje mu się przeżyć postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i zemścić się na swoim zleceniodawcy. Maczeta prowadząc swoje śledztwo dowiaduje się wielu ciekawych a momentami nawet zaskakujących i szokujących rzeczy odnośnie polityki względem emigrantów i towarzyszących im procederów. Historia nie wydaje się być skomplikowana jednak nie o to w tym filmie chodzi.
Maczeta jest stylizowana na film klasy B. Przeskakujący obraz z migającymi czarnymi punktami niczym w starych zapisanych na niechlujnie posklejanych celulozowych taśmach zdecydowanie dodaje klimatu. Natomiast to co się dzieje na ekranie można opisać bardzo krótko w 3 słowach: krew, przemoc i cycki. Cóż więcej można spodziewać się po wkurzonym meksykaninie, świetnie wyszkolonym w zabijaniu, którego ulubionym orężem jest maczeta. Jednak w połączeniu ze świetnym czarnym humorem, wartką i szybką akcją  oraz ładnymi aktorkami, które tu i ówdzie pokazują to i owo daje na prawdę niezły film. Trzeba także przyznać, że pomysłowość co do metod eliminowania przeciwników (w szczególności ta początkowa gdy Maczeta ucina 3 głowy na raz) zadziwia a niektóre teksty (przykładowo podczas wybierania przez głównego bohatera broni) na prawdę powalają. zdecydowanie mogę polecić ten film fanom mocnego kina akcji.

piątek, 11 lutego 2011

Czarny Łabędź / Black Swan (2010)

Zanim miałem okazję obejrzeć ten film spotkałem się z różnorodnymi a za razem skrajnymi opiniami na jego temat. Z jednej strony słychać było głosy zachwytu i zgody co do tego, że film ten słusznie został nominowany do Oscara. Z drugiego frontu napływały liczne mniej lub bardziej konstruktywne krytyki i ciągle przewijające się określenia "przereklamowany" czy też zdania "zawiodłem/am się na nim". Z mojego punktu widzenia zdecydowanie muszę opowiedzieć się po stronie tego pierwszego grona kinomanów.
Film przedstawia historię młodej baletnicy (Natalie Portman) starającej się o główną rolę w słynnym przedstawieniu baletowym Jezioro Łabędzie. Wydawać by się mogło, że tak opisany (co prawda w dużym i telegraficznym skrócie) scenariusz niczym nie zaskoczy. Nic bardziej błędnego! Cała historia jest bowiem pokazana przede wszystkim (a posunął bym się nawet do stwierdzenie, że "tylko") z perspektywy młodziutkiej Niny. Początkowo dziewczyna wydaje się być skromną, delikatną i do przesady naiwną tancerką, która nie widzi nic poza swoim małym, prywatnym światkiem baletu. Główna bohaterka jest osobą pracowitą i niesłychanie ambitną lecz tylko w swoim wąskim polu zainteresowania. Balet pochłonął ją bez reszty do tego stopnia, że zapomniała o swoim życiu towarzyskim i innych aspektach swej doczesnej egzystencji. Punktem zwrotnym w filmie, już na samym początku staje się casting do roli w Jeziorze Łabędzim. Reżyserem i choreografem jest ekscentryczny i kontrowersyjny Thomas (Vincent Cassel), który zamierza przedstawić ten słynny balet w nowatorskiej odsłonie gdzie jedna tancerka zagra rolę zarówno białego jak i czarnego łabędzia. Od tego momentu w Nina obrała sobie tylko jeden cel - główna rola - który staje się jej obsesją. Kierowana niezdrowymi ambicjami, afirmując stare porzekadło, że cel uświęca środki oraz nie widząc nic poza deskami parkietu w teatrze, Nina ostatecznie dostaje rolę jednak na tym nie kończą się jej problemy...
Czarny Łabędź ma dwa bardzo mocne punkty - ciekawą i różnorodną osobowość głównej bohaterki oraz genialną grę aktorską, przede wszystkim Natalie Portman. Odnosząc się do pierwszego elementu chce podkreślić, że chodzi mi o ukazanie przemiany jaką Nina doznaje na tle całego filmu. Transformacja ta najeżona jest zwrotami akcji i wieloma momentami niepewności co do dalszych wydarzeń. Z początku skromna i subtelna dziewczynka okazuje się być dręczona wieloma bolączkami natury psychicznej, fizycznej oraz socjologicznej. Wymienione czynniki zdają się tak mocno oddziaływać na jej charakter, zachowania i sposób odnoszenia się do otaczających ją bliskich, rówieśników i innych osób, że zmienia się nie do poznania. Te problemy narastają do takich rozmiarów, że obserwując wydarzenia praktycznie rzecz biorąc "z oczu" bohaterki widz w pewnych momentach może stracić orientację co do realności niektórych zjawisk. Nie należy jednak uznawać tego za wadę, wręcz przeciwnie, cała ta psychodeliczna otoczka i rozważania odnośnie realizmu zachodzących obrazów dodają mrocznego klimatu, potęgowanego jeszcze dodatkowo wybrzmiewająca bez przerwy w tle muzyką klasyczną.
Wszystkie te wydarzenia nabrały większego wyrazu i ekspresji dzięki świetnej grze Portman. Poczynając od samych przygotowań do filmu młoda aktorka musiała sporo schudnąć i, co najważniejsze, nauczyć się tańczyć balet. Jedne źródła mówią, że musiała ćwiczyć rok aby posiąść tę umiejętność inne natomiast twierdzą, że Natalie już wcześniej miała do czynienia z tą ciekawą i wymagającą sztuką. Tak czy owak była bardzo przekonująca zarówno podczas scen czysto aktorskich jak i tanecznych. Trzeba w tym miejscu wspomnieć, że pan Aronofsky postawił na siłę i bezpośredniość przekazu. Były tam zarówno skrajne emocje - wściekłość, rozpacz, bólu, smutek - jak i sceny przesiąknięte erotyzmem i seksem ponad granice przysłowiowej przyzwoitości. Nie zabrakło także ujęć jakimi nie powstydziłby się film grozy przez które niektórzy widzowie odwróciliby oczy z obrzydzeniem. Mając na względzie powyższe względy, rola Niny Sayers stała się jeszcze trudniejszą i bardziej wymagającą  jednak została świetnie i przekonująco zrealizowana.
Czarny Łabędź to zdecydowanie film bardzo dobry jednak nie przeznaczony dla wszystkich odbiorców kina szczególnie ze względu na dobitność i bezpośredniość przekazu. Sam pomysł na film także może nie spodobać się każdemu widzowi ponieważ może okazać się zbyt ciężkostrawny. Tym niemniej jednak można pokusić się na poświęcenie chwili swojego czasu na ten film by wyrobić sobie o nim własne zdanie.

wtorek, 25 stycznia 2011

Skazany na bluesa (2005)


Chociaż puste mam kieszenie,
No i wódy czasem brak
Ja już nigdy się nie zmienię,
Zawsze będę żył już tak
Ale jedno wiem po latach
Prawdę musisz znać i ty:
Zawsze warto być człowiekiem,
Choć tak łatwo zejść na psy
    
Dżem "Autsajder" 

Postać Ryszarda Riedla jest znana każdej osobie choć trochę interesującej się polską sceną muzyczną. Jego talent muzyczny i niesamowity wokal w połączeniu z bluesem tworzyły jedyny i niepowtarzalny klimat dający się odczuwać na koncertach Dżemu oraz podczas słuchania nagrań tej grupy. Zdecydowanie należy powiedzieć, że zarówno Rysiek jak i jego zespół wpisali się w historię polskiej muzyki pozostawiając mnóstwo ciekawych kompozycji zarówno od strony instrumentalnej jak i lirycznej. To był jednak jedynie pewien zewnętrzny element życia frontmana zespołu, który przyćmiewał jego druga naturę. Z jednej strony Rysiek był uwielbianym przez tłumy rockmanem, który czerpał sporą satysfakcję z tego co robił. Z drugiej natomiast ponosił smutne konsekwencje decyzji podjętych w przeszłości oraz zmagał się z nieopisanymi trudnościami i przeszkodami. Skazany na bluesa opowiada historię człowieka o dwóch obliczach. Człowieka pałającego bezgraniczną miłością do tego robił ale jednocześnie walczącego z potwornym i męczącym uzależnieniem od narkotyków. 
Ryśka (granego przez Tomasza Kota) poznajemy jako młodego chłopaka prowadzącego spokojne życie na Śląsku. Nie był on jednak ani skory do nauki, ani też chętny do podjęcia pracy. Włóczył się całymi dniami bez konkretnego celu lub też bez grosza przy duszy podróżował autostopem w różne części naszego kraju. W takich okolicznościach poznał kobietę swojego życia i z duża dozą przypadkowości trafił na próbę zespołu. Po zaprezentowaniu swoich umiejętności wokalnych został jednogłośnie przyjęty do grupy starszych od niego muzyków. Tak własnie zaczęła się jego wspaniała przygoda z bluesem, muzyką, którą pokochał na zawsze. Nikt jednak nie wie kiedy rozpoczął swoje obcowanie z narkotykami będących jego drogą ku potępieniu.
Dalsze losy Ryśka są przedstawione wybiórczo i pokazują jedynie niektóre aspekty jego życia. Trzeba w tym względzie przyznać twórcom filmu, że wybrali najistotniejsze i najbardziej uderzające fragmenty jego krótkiego i burzliwego żywota. Film doskonale oddawał dwoistość jego egzystencji. Z jednej strony pokazywano jego pełne emocji występy i wiwatującą publiczność by w kolejnym ujęciu przedstawić obraz słabości i nędzy, ciepiącego i  uzależnionego od narkotyków gotowego uczynić cokolwiek dla zaspokojenia swojego głodu. 
Skazany na bluesa próbuje poruszać także kwestie życia rodzinnego wokalisty Dżemu. Ojciec milicjant, z którym Rysiu nie mógł znaleźć wspólnego języka, kochająca żona (Jolanta Fraszyńska) czy też syn Bastek - wszystkie te osoby bardzo mu bliskie w miarę popadania w coraz to głębsze uzależnienie stawały mu się bardziej obce. Niektóre ze scen w filmie wzruszały i wywoływały szczery smutek. Inne z kolei skłaniały do refleksji na temat tego co w życiu najważniejsze. 
To co mnie osobiście najbardziej uderzyło w filmie to bardzo wyraziście (najpewniej dzięki wysiłkom Tomasza Kota) zobrazowana i kilkakrotnie podkreślana miłość, można by rzec bezgraniczna i ślepa, do muzyki. W nawet najbardziej ciężkich momentach swego życia Rysiek zawsze znalazł siłę by robić jedyną rzecz, która wychodziła mu najlepiej i w jakiej był bezsprzecznie dobry - śpiewać. 
Trzeba także podkreślić, że w frontman Dżemu nie do końca zaakceptował rzeczywistość w jakiej się znajdował. Nie potrafił odnaleźć swego miejsca w jego obecnej sytuacji popularnego i uwielbianego przez tłumy gwiazdy. W głębi duszy zawsze pozostawał prostym, pragnącym jedynie tworzyć muzykę chłopakiem z tyskiego blokowiska, którego przytłoczył ciężar sławy. To także znajduje swój wyraz w filmie podczas jego rozmów z Indianerem. Ten ostatni także stanowi bardzo oryginalny i ciekawy element filmu. Indianer stanowi swoista fuzję wszystkich najbliższych przyjaciół Riedla, uosobienie jego wewnętrznej wolności. Ze wszystkich ich wspólnych pogawędek można wysnuć kilka wniosków. Najistotniejszym z nich byłby ten, że Rysiek w trakcie swojej kariery żył poza rzeczywistością. Pragnął beztroskiego bytu w sferze marzeń bez żadnych problemów doczesnych.
Skazany na bluesa jest bardzo ciekawą historią opisującą życie jednego z najwybitniejszych muzyków polskiej estrady. Jest to opowieść o człowieku wewnętrznie sprzecznym ponieważ z jednej strony był szczęśliwy robiąc w życiu to co kochał z drugiej natomiast przytłoczony ciężarem rzeczywistości uciekał w narkotyczny trans. Bez wątpienia Ryszard Riedel pozostanie w naszej pamięci jako wybitny muzyk a jego dziedzictwo w postaci genialnej muzyki jaką tworzył wraz ze swoim zespołem zostanie przekazane nastepnym pokoleniom. Słowami, które najlepiej podsumowują jego życie to te wypowiedziane przez niego samego na jednym z koncertów: „Dla was zawsze będę śpiewał… do końca”.

sobota, 22 stycznia 2011

Weekend (2011)

Kiedy usłyszałem, że na ekrany ma wejść nowy polski film i to w reżyserii Czarka Pazury miałem mieszane uczucia. Z jednej strony, polski przemysł filmowy zasypywał nas ostatnimi czasy różnymi produkcjami z gatunku komedii, z których jedne należały do bardziej udanych inne nie miały tego przymiotu dlatego też słysząc, że Czarek kręci komedię trochę zrzedła mi mina. Co więcej "komedia gangsterska" (bo tak własnie krótko i treściwie ów film był opisywany) natychmiast kojarzy się z klasykami Lubaszenki, którym na prawdę ciężko dorównać. Z drugiej strony jednak miałem cichą nadzieję, że pan Pazura powróci do starych dobrych czasów Freda i Gruchy, i że spod jego warsztatu wyłoni się coś wyróżniającego się pośród tłumu polskich, kinowych średniaków. Po dzisiejszym seansie mogę śmiało stwierdzić - nie zawiodłem się.
Początek iście tarantinowski – drogie fury, tajemnicza walizka z drogocenną zawartością, strzelanina, krew i flaki – czyli to czego wymaga się od dobrego kina sensacyjno-gangsterskiego. Innymi słowy film ruszył z kopyta i w miarę rozwoju akcji nie odpuszczał. Intryga w filmie jest prosta niczym kodeks mafii – bezwzględny mafioso Norman (Wilczak) traci swoją własność, który to chcąc ją odzyskać ucieka się do różnych, czasem bardzo radykalnych środków. Przez większość filmu śledzimy losy głównych bohaterów - Maxa (Małaszyński) i Guli (Lewandowski), którzy nieświadomie zostają wplątani w wyżej opisany proceder. Dialogi tych dwóch facetów wywoływały niepohamowane salwy śmiechu zarówno z mojej strony jak i całej widowni w kinie. Dosłownie co chwilę pojawiał się jakiś tekst czy też wymiana zdań, których nie dało się inaczej przyswoić jak tylko roześmiać się w głos. Taka atmosfera utrzymywała się przez większość filmu i nie traciła rozpędu, ponieważ co rusz pojawiały się nowe postacie i nowe dialogi naszpikowane prześmiewczymi komentarzami, uszczypliwymi uwagi czy też celnymi ripostami. Poza świetnymi dialogami mocnym punktem jest także cała galeria postaci, z których każdej bez problemu można było przypisać pewne indywidualne cechy wyróżniające je od innych. Jedynie dla przykładu można wymienić bardzo bezpośredniego w relacjach międzyludzkich pana Komisarza, dbającego tylko o własne interesy Stefana czy też Johnnego – bardzo wygadanego i przemądrzałego geja, syna szefa Maxa i Guli kończąc na ciągle naprzykrzającym się gangu Cygana.
Weekend stoi także na przyzwoitym poziomie jeżeli chodzi o efekty specjalne, wyczyny kaskaderskie czy inne elementy kina akcji. Bardzo podobała mi się zastosowana w kilku scenach metoda „bullet-time” znana z filmów Matrix. Zdecydowanie dodawało to dynamizmu scenom walki i strzelaninom oraz stanowiło podmuch świeżego powietrza znanych wszystkim porachunkom gangsterów. Obligatoryjna scena w filmach sensacyjnych czyli pościg samochodowy również można odnaleźć w obrazie Pazury. Istotnym jest także ograniczenie do minimum wątku miłosnego. Jest to o tyle ważne, że w tego typu filmach nie powinno być miejsca na ckliwe przekomarzania i wyznania a niestety niektórym reżyserom się to zdarza (najczęściej po to by podnieść jakoby rangę filmu do „ambitnego” czy też mającego „drugie dno”).
Moim zdaniem swoistą wisienką na torcie były, aczkolwiek podkreślam, iż jest to jedynie czysto subiektywna opinia, zawarte w filmie „smaczki”. Chodzi Mie tutaj o pewne na pozór niezauważalne szczegóły, które mogą spostrzec tylko nieliczni spośród grona odbiorców. Przechodząc do meritum, bardzo zaintrygował mnie fragment rozmowy o kobiecych stopach, który do złudzenia przypominał mi legendarną rozmowę Jacksona i Travolty z Pulp Fiction. Czyżby Czarek na tyle lubił Tarantino i zrobił to świadomie czy też jest to zwyczajny zbieg okoliczności? Tego nie wiem ale ten element miło mnie zaskoczył. Drugi ze „smaczków” dotyka mnie bardzo osobiście jako mieszkańca polskiej stolicy XIX-wiecznego włókiennictwa. Mianowicie większość filmu (może nawet i w całości?) była kręcona w Łodzi, co dla rodowitego łodzianina niewątpliwie dodaje mu uroku. Miło było zobaczyć znane mi z codziennego życia al. Kościuszki, stare bloki na Bałutach, Manufakturę czy też podziemny parking pod Silver Screenem. Do tego typu elementów można także dodać bardzo udane a zarazem zabawne epizody Radka Pazury, Olafa Lubaszenki czy nawet samego Czarka. 
Podsumowując najnowszy film Czarka Pazury jest zdecydowanie produkcją udaną, którą śmiało można określić mianem dobrej komedii gangsterskiej. Moim zdaniem, jest to godny następca klasyków takich jak „Chłopaki nie płaczą” czy „Poranek kojota” gdzie świetne zbalansowana akcja i humor dają naprawdę kawał dobrej rozrywki.

środa, 19 stycznia 2011

Let me in / Pozwól mi wejść (2010)

Jednym z ulubionych zajęć amerykańskich kinematografów jest robienie remake'ów co przejawia się zarówno przerabianiem tych zagranicznych jak i odgrzewaniem kotletów z ich własnego podwórka. "Let me in" znajduje się w tej pierwszej kategorii. Oryginalny pomysł należy Szwedów, którzy w 2008 wyprodukowali film o tytule brzmiącym w wolnym tłumaczeniu "Let the right one in". Na tym rzecz jasna podobieństwo się nie kończy. Amerykanie już wcześniej (przykładowo remake hiszpańskiego REC) pokazali, że zasada kopiuj/wklej z małymi poprawkami występuje nie tylko podczas pisania referatów w ogólniaku, lecz także w lukratywnym przemyśle filmowym. Tak się złożyło, że oglądałem zarówno oryginał jak i amerykańską wizję. Muszę przyznać, że o ile szwedzka produkcja mnie zafascynowała to zeszłoroczny remake z zachodu mile mnie zaskoczył. 
Moim zdaniem filmu nie należy streszczać nawet w pobieżnej recenzji by nie psuć widzowi wrażeń. Jedyne o czym można wspomnieć, i z góry otwarcie o tym mówię, że jest to twór dość specyficzny i może nie przypaść niektórym widzom do gustu. Wspomniałem wcześniej, że zostałem mile zaskoczony tym dziełem a dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze, oryginalny obraz szwedzkich twórców, nawet jak na laickie oko, był raczej produktem niskobudżetowym jednak dzięki niesamowitej nocnej, zimowej scenerii, powolnym lecz nie nużącym biegiem wydarzeń oraz świetnym ujęciom i idealnie wpasowanym niedomówieniom potrafił zbudować niesamowicie ciężki i mroczny klimat. Tego zazwyczaj brakuje w amerykańskich horrorach, które raczej stawiają na mocne wrażenia i skrajne emocje. Własnie w tym miejscu zachodni producenci stanęli na wysokości zadania utrzymując najmocniejszy punkt tego filmu czyli niepowtarzalny klimat. Po drugie, cechą charakterystyczną amerykańskich horrorów jest to, że każdy kto widział przynajmniej kilka z nich od razu rozpozna, bez większych trudności, ich schematyczność i stylistykę. "Let me in" zrywa z tą regułą i na początku dziwnie się czułem słysząc język angielski. No i po trzecie, dobrze dobrane główne role i ich sugestywne odgrywanie przez dzieci. Jest to zdecydowanie jeden z mocnych punktów tej produkcji, ponieważ dziecko w tego typu filmach wzmaga poczucie strachu i bezradności potęgując tym samym mroczny klimat całej opowieści.
Za wadę zdecydowanie należy uznać nadmierne podobieństwo do oryginału. Z tego co udało mi się dojrzeć to poza prawie całkowicie powtórzonym scenariuszem, zdarzają się niemal identyczne ujęcia i sceny nie wspominając już o samych bohaterach.
Jako podsumowanie mogę ten film polecić przede wszystkim fanom dobrego kina grozy, którzy nie mieli okazji zobaczyć szwedzkiego oryginału i spokojnie mogę stwierdzić, że się nie zawiodą. Pozostałym natomiast, wedle uznania. Ja po zapoznaniu się z koncepcją skandynawską ponad półtora roku temu chętnie sięgnąłem także po zachodnią wersję dla odświeżenia dobrych filmowych wrażeń.   

Resurrecting the Champ / Wskrzeszenie mistrza (2007)

Na ten film trafiłem zupełnie przypadkowo buszując w internecie. Moją uwagę przykuła przede wszystkim rola Samuela L. Jacksona, którego ubóstwiam od momentu zapoznania się z Pulp Fiction. Generalnie rzecz ujmując - nie zawiodłem się. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że warto było tej produkcji poświęcić chwilę wolnego czasu.
Film opowiada historię młodego i ambitnego dziennikarza sportowego zajmującego się boksem (Josh Hartnett), syna znanego komentatora radiowego. Przez całą karierę Erick Kernan jest porównywany do swego ojca przez co jego życie zawodowe nie układa się  tak jakby tego chciał. Prywatnie Erick jest w separacji z żoną co utrudnia mu kontakty z ukochanym synkiem, któremu za wszelka cenę chce zaimponować. W tym impasie bez perspektyw na lepsze jutro Erick spotyka bezdomnego staruszka (Samuel L. Jackson), niegdyś sławnego boksera Boba Sutterfielda. Młody żurnalista wyczuwając doskonałą okazję by zmienić swoją aktualną sytuację, postanawia opisać historię jego historię...
Sama historia jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. W tym miejscu zdecydowanie zgadzam się z poglądem, że to właśnie życie pisze najlepsze scenariusze. Film jest ciekawy i skłaniający do refleksji, nie tylko ze względu na sam główny wątek, ale także z powodu innych poruszanych kwestii. Opowiada o przyjaźni, która może połączyć ludzi niezależnie od sytuacji w jakiej się znajdują, ale także o tym co najważniejsze relacjach między ojcem a synem oraz podkreśla, że w życiu nie wolno się poddawać i trzeba ponosić konsekwencje podjętych decyzji.
To tylko niektóre ważniejsze kwestie poruszane przez film, które dopełnia świetna gra aktorska Samuela L. Jacksona. Doskonale wczuł się w rolę człowieka, który kiedyś był na samym szczycie a następnie stoczył się na niziny społeczeństwa. Grał człowieka, który starał radzić sobie ze smutną teraźniejszością znajdując pocieszenie w świetlanej przeszłości. Jego postać jest najlepszym dowodem na to, że nawet w najgorszej sytuacji można zachować pogodę ducha i wolę życia.
Podsumowując "Wskrzeszenie mistrza" to niezbyt skomplikowana ale pouczająca historia oparta na faktach opowiadająca o chwilach chwały i o goryczy porażki czyli dokładnie o tym, czym jest życie samo w sobie.