sobota, 22 stycznia 2011

Weekend (2011)

Kiedy usłyszałem, że na ekrany ma wejść nowy polski film i to w reżyserii Czarka Pazury miałem mieszane uczucia. Z jednej strony, polski przemysł filmowy zasypywał nas ostatnimi czasy różnymi produkcjami z gatunku komedii, z których jedne należały do bardziej udanych inne nie miały tego przymiotu dlatego też słysząc, że Czarek kręci komedię trochę zrzedła mi mina. Co więcej "komedia gangsterska" (bo tak własnie krótko i treściwie ów film był opisywany) natychmiast kojarzy się z klasykami Lubaszenki, którym na prawdę ciężko dorównać. Z drugiej strony jednak miałem cichą nadzieję, że pan Pazura powróci do starych dobrych czasów Freda i Gruchy, i że spod jego warsztatu wyłoni się coś wyróżniającego się pośród tłumu polskich, kinowych średniaków. Po dzisiejszym seansie mogę śmiało stwierdzić - nie zawiodłem się.
Początek iście tarantinowski – drogie fury, tajemnicza walizka z drogocenną zawartością, strzelanina, krew i flaki – czyli to czego wymaga się od dobrego kina sensacyjno-gangsterskiego. Innymi słowy film ruszył z kopyta i w miarę rozwoju akcji nie odpuszczał. Intryga w filmie jest prosta niczym kodeks mafii – bezwzględny mafioso Norman (Wilczak) traci swoją własność, który to chcąc ją odzyskać ucieka się do różnych, czasem bardzo radykalnych środków. Przez większość filmu śledzimy losy głównych bohaterów - Maxa (Małaszyński) i Guli (Lewandowski), którzy nieświadomie zostają wplątani w wyżej opisany proceder. Dialogi tych dwóch facetów wywoływały niepohamowane salwy śmiechu zarówno z mojej strony jak i całej widowni w kinie. Dosłownie co chwilę pojawiał się jakiś tekst czy też wymiana zdań, których nie dało się inaczej przyswoić jak tylko roześmiać się w głos. Taka atmosfera utrzymywała się przez większość filmu i nie traciła rozpędu, ponieważ co rusz pojawiały się nowe postacie i nowe dialogi naszpikowane prześmiewczymi komentarzami, uszczypliwymi uwagi czy też celnymi ripostami. Poza świetnymi dialogami mocnym punktem jest także cała galeria postaci, z których każdej bez problemu można było przypisać pewne indywidualne cechy wyróżniające je od innych. Jedynie dla przykładu można wymienić bardzo bezpośredniego w relacjach międzyludzkich pana Komisarza, dbającego tylko o własne interesy Stefana czy też Johnnego – bardzo wygadanego i przemądrzałego geja, syna szefa Maxa i Guli kończąc na ciągle naprzykrzającym się gangu Cygana.
Weekend stoi także na przyzwoitym poziomie jeżeli chodzi o efekty specjalne, wyczyny kaskaderskie czy inne elementy kina akcji. Bardzo podobała mi się zastosowana w kilku scenach metoda „bullet-time” znana z filmów Matrix. Zdecydowanie dodawało to dynamizmu scenom walki i strzelaninom oraz stanowiło podmuch świeżego powietrza znanych wszystkim porachunkom gangsterów. Obligatoryjna scena w filmach sensacyjnych czyli pościg samochodowy również można odnaleźć w obrazie Pazury. Istotnym jest także ograniczenie do minimum wątku miłosnego. Jest to o tyle ważne, że w tego typu filmach nie powinno być miejsca na ckliwe przekomarzania i wyznania a niestety niektórym reżyserom się to zdarza (najczęściej po to by podnieść jakoby rangę filmu do „ambitnego” czy też mającego „drugie dno”).
Moim zdaniem swoistą wisienką na torcie były, aczkolwiek podkreślam, iż jest to jedynie czysto subiektywna opinia, zawarte w filmie „smaczki”. Chodzi Mie tutaj o pewne na pozór niezauważalne szczegóły, które mogą spostrzec tylko nieliczni spośród grona odbiorców. Przechodząc do meritum, bardzo zaintrygował mnie fragment rozmowy o kobiecych stopach, który do złudzenia przypominał mi legendarną rozmowę Jacksona i Travolty z Pulp Fiction. Czyżby Czarek na tyle lubił Tarantino i zrobił to świadomie czy też jest to zwyczajny zbieg okoliczności? Tego nie wiem ale ten element miło mnie zaskoczył. Drugi ze „smaczków” dotyka mnie bardzo osobiście jako mieszkańca polskiej stolicy XIX-wiecznego włókiennictwa. Mianowicie większość filmu (może nawet i w całości?) była kręcona w Łodzi, co dla rodowitego łodzianina niewątpliwie dodaje mu uroku. Miło było zobaczyć znane mi z codziennego życia al. Kościuszki, stare bloki na Bałutach, Manufakturę czy też podziemny parking pod Silver Screenem. Do tego typu elementów można także dodać bardzo udane a zarazem zabawne epizody Radka Pazury, Olafa Lubaszenki czy nawet samego Czarka. 
Podsumowując najnowszy film Czarka Pazury jest zdecydowanie produkcją udaną, którą śmiało można określić mianem dobrej komedii gangsterskiej. Moim zdaniem, jest to godny następca klasyków takich jak „Chłopaki nie płaczą” czy „Poranek kojota” gdzie świetne zbalansowana akcja i humor dają naprawdę kawał dobrej rozrywki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz