środa, 19 stycznia 2011

Let me in / Pozwól mi wejść (2010)

Jednym z ulubionych zajęć amerykańskich kinematografów jest robienie remake'ów co przejawia się zarówno przerabianiem tych zagranicznych jak i odgrzewaniem kotletów z ich własnego podwórka. "Let me in" znajduje się w tej pierwszej kategorii. Oryginalny pomysł należy Szwedów, którzy w 2008 wyprodukowali film o tytule brzmiącym w wolnym tłumaczeniu "Let the right one in". Na tym rzecz jasna podobieństwo się nie kończy. Amerykanie już wcześniej (przykładowo remake hiszpańskiego REC) pokazali, że zasada kopiuj/wklej z małymi poprawkami występuje nie tylko podczas pisania referatów w ogólniaku, lecz także w lukratywnym przemyśle filmowym. Tak się złożyło, że oglądałem zarówno oryginał jak i amerykańską wizję. Muszę przyznać, że o ile szwedzka produkcja mnie zafascynowała to zeszłoroczny remake z zachodu mile mnie zaskoczył. 
Moim zdaniem filmu nie należy streszczać nawet w pobieżnej recenzji by nie psuć widzowi wrażeń. Jedyne o czym można wspomnieć, i z góry otwarcie o tym mówię, że jest to twór dość specyficzny i może nie przypaść niektórym widzom do gustu. Wspomniałem wcześniej, że zostałem mile zaskoczony tym dziełem a dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze, oryginalny obraz szwedzkich twórców, nawet jak na laickie oko, był raczej produktem niskobudżetowym jednak dzięki niesamowitej nocnej, zimowej scenerii, powolnym lecz nie nużącym biegiem wydarzeń oraz świetnym ujęciom i idealnie wpasowanym niedomówieniom potrafił zbudować niesamowicie ciężki i mroczny klimat. Tego zazwyczaj brakuje w amerykańskich horrorach, które raczej stawiają na mocne wrażenia i skrajne emocje. Własnie w tym miejscu zachodni producenci stanęli na wysokości zadania utrzymując najmocniejszy punkt tego filmu czyli niepowtarzalny klimat. Po drugie, cechą charakterystyczną amerykańskich horrorów jest to, że każdy kto widział przynajmniej kilka z nich od razu rozpozna, bez większych trudności, ich schematyczność i stylistykę. "Let me in" zrywa z tą regułą i na początku dziwnie się czułem słysząc język angielski. No i po trzecie, dobrze dobrane główne role i ich sugestywne odgrywanie przez dzieci. Jest to zdecydowanie jeden z mocnych punktów tej produkcji, ponieważ dziecko w tego typu filmach wzmaga poczucie strachu i bezradności potęgując tym samym mroczny klimat całej opowieści.
Za wadę zdecydowanie należy uznać nadmierne podobieństwo do oryginału. Z tego co udało mi się dojrzeć to poza prawie całkowicie powtórzonym scenariuszem, zdarzają się niemal identyczne ujęcia i sceny nie wspominając już o samych bohaterach.
Jako podsumowanie mogę ten film polecić przede wszystkim fanom dobrego kina grozy, którzy nie mieli okazji zobaczyć szwedzkiego oryginału i spokojnie mogę stwierdzić, że się nie zawiodą. Pozostałym natomiast, wedle uznania. Ja po zapoznaniu się z koncepcją skandynawską ponad półtora roku temu chętnie sięgnąłem także po zachodnią wersję dla odświeżenia dobrych filmowych wrażeń.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz