wtorek, 27 grudnia 2011

80 milionów

Po niekrótkich pracach konserwacyjnych nad prawą półkulą mojej mózgownicy a dokładniej nad jej modułem zwanym "weną twórczą" nadszedł czas by przelać na papier (ekran) kilka refleksji związanych z niedawną produkcją z naszego lokalnego podwórka.

PRL po raz kolejny
No własnie - polski przemysł filmowy zdaje się podążać za trendem czyli przedstawianiem socjalistycznej rzeczywistości od każdej możliwej strony. Mamy wolność słowa i wolność mediów? No to jedziemy PZPR i esbecję od góry do dołu i niech młode pokolenie przekona się jak wszyscy wówczas mieli przerąbane. Kontrola każdego ruchu za najmniejsze wychylenie się przed szereg komunistycznego raju Polski Ludowej to własnie aspekt, na który największy nacisk kładzie "80 milionów". 

Służba bezpieczeństwa czy może służba debili?
Na to pytanie film Waldzia Krzystka daje w moim przekonaniu jedną odpowiedź - tajne służby PRL były zbiorem półmózgów i karierowiczów. Zadania przydzielone każdemu z tych "agentów" trzeba było tłumaczyć z polskiego na nasze a żeby doprowadzić je do końca konieczne było prowadzenie za rączkę przez cały czas trwania. W przeciwnym razie bowiem całą "operację" trafiał szlag. Zobrazowało to doskonale multum różnych scen gdzie kpt. Sobczak (genialny Piotr Głowacki) dosadnie tłumaczył, że chce uzyskać nawet najdrobniejszy szczegół z życia "wrogów socjalizmu" by następnie ofukiwać swych podwładnych przez radio za brak kompetencji do wykonania najprostszych poleceń.

Solidarność! Solidarność! czyli chęć przetrwania
80 milionów stara się nam także przedstawić gorącą sytuację w kraju na początku lat 80. XX w. Z jednej strony mamy do czynienia z pewną "odwilżą" ze strony władz, która łaskawie pozwala tworzyć NSZZy, z drugiej natomiast nasila szpiclowanie i terror wśród obywateli szukając haka na rozochocone myślami o wolności społeczeństwo, by nie wspomnieć o zbliżającej się wielkimi krokami pamiętnej dacie 13.12.1981. Ciężkie życie przeciętnego towarzysza w PRL do łatwych nie należało co swe odzwierciedlenie znajduje w filmie. Na dowód warto przytoczyć kilka scen - tzw. smaczków z tamtej epoki. Chłopaki rozprawiają o idei zachachmęcenia tytułowej kwoty a w międzyczasie pchają malucha do stacji benzynowej i gdy już mają wjechać, pracownik wywiesza tabliczkę "Benzyny brak. Zapraszamy jutro". Innym razem, w biurze Solidarności gadają i sprzeczają się na temat walki z komunizmem a jeden z nich wykrzykuje, że ludzie są zbyt zmęczeni na bój z władzami ponieważ w sklepach nie ma nawet podstawowych artykułów spożywczych . Wiele momentów gdy główni bohaterowie spotykali się z tajemniczym jegomościem udzielającym im smakowitych newsów o planach rządzących i każdorazowe sprawdzanie czy czasem nie mają "ogona". To jednak tylko trzy skromne przykłady, których w filmie w bród.

Napad na bank tylko w oczach władz
Z trailerów, spotów i reklam telewizyjnych można było odnieść wrażenie, że główny motyw filmu to własnie obrobienie banku na tę niezłą sumkę. Potencjalny widz mógłby odnieść wrażenie, że byłby to coś w stylu "Ocean's Eleven" czy "Angielskiej Roboty" w peerelowskim sosie - nic bardziej błędnego (spokojnie to nie spoiler - dowiadujemy się o tym na bardzo wczesnym etapie). Cała śląska Solidarność płaciła składki członkowskie jednakże kwota ta była zamrożona w jednym z banków. Dlaczego? Z kilku powodów. Wszystkie sumy o określonej wysokości były raportowane dyrektorowi banku. Banki były państwowe zatem dyrektor o takiej wypłacie natychmiast informował SB. Biorąc pod uwagę, że nawet udałoby się jakoś powyższe problemy przeskoczyć to któż by nie zauważył ludzi wynoszących wielkie torby podróżne z banku? Wszystko to rysuje się na wielki przekręt... lecz tylko dla władz. Kapitalistyczny zachód roześmiałby się w głos słysząc opis tej sytuacji bowiem byłaby to zwyczajna likwidacja konta i wypłata zawartości. W PRL natomiast było to przestępstwo przeciwko socjalistycznemu porządkowi, o poważnym ciężarze, zagrożone kilkuletnim więzieniem. Genialne w swej prostocie idealnie wpisujące się w ówczesne realia.

Wisienka na torcie
Jak dla mnie miłym akcentem było zobaczyć w akcji parę mało znanych twarzy w Polsce. Ujrzeliśmy kilka znakomitych postaci odegranych przez polskie, młode pokolenie aktorów bez zbędnej szycomanii i nataszoświryzmu (Bobek i Frycz mieli de facto epizody jak dla mnie tylko dla przyciągnięcia widzów do kina). Całość prezentuje się całkiem przystępnie i warto się wybrać do kina by poczuć kilka nowych przypraw w kotle z zupą "Kino w klimacie PRL".    

środa, 13 lipca 2011

Super 8 (2011)

Dawno nic nie nasmarowałem z kilku względów. Po pierwsze nie za bardzo miałem czas na oglądanie filmów a po drugie nieco zabrakło mi weny twórczej. Uznałem jednak, że lipiec to najlepszy moment na wielki powrót najwybitniejszego recenzenta filmowego XXI w. Spontaniczny wypad do kina gdzie przywitała mnie praktycznie pusta sala okazała się całkiem niezłym pomysłem bowiem Super 8 to całkiem przystępny kawałek kina.
Historia jest prosta jak świński ogon. Grupa dzieciaków kręci film na stacji kolejowej w niewielkim miasteczku w USA. Zrządzenie losu nominowało ich jednak jako świadków najpoważniejszego wypadku kolejowego w historii ich miejscowości. Sprawy nabierają rozpędu gdy na miejscu znajdują swojego nauczyciela biologii, który naumyślnie wjechał na tory a przy całej sprawie zaczyna węszyć wojsko próbujące zatuszować prawdę. Na domiar złego w miasteczku w niewyjaśnionych okolicznościach giną ludzie a do szeryfa napływa coraz więcej dziwnych skarg.
W scenariuszu nie dopatrzyłem się żadnych istotnych luk czy nieścisłości. Wszystko wydaje się być dość spójne może poza akcją z uciekającymi psami, które to wydarzenie pozostawało oderwane od reszty i ostatecznie nie wpłynęło w żaden sposób finał historii. W filmie niemałym zaskoczeniem była dla mnie dawka humoru. Mimo, że filmu w żaden sposób nie można zaliczyć do komedii (generalnie ciężko jest sklasyfikować ale o tym później) to z rozmowy dzieciaków odgrywających główne role przysparzały mnie o częste wybuchy śmiechu. Zdecydowanie wpływa to pozytywnie na odbiór filmu i co więcej cała ta dawka humoru towarzyszy nam do końca. Raz po raz któryś z pociesznych, niedoszłych filmowców rzuci jakąś docinkę swemu rówieśnikowi czy też skomentuje obecną sytuację co zaowocuje wybuchem spontanicznej radości. Dodatkowym elementem, który mnie osobiście przypadł do gustu to umieszczenie akcji filmu na przełomie lat 70 i 80 dwudziestego wieku. Gustuję w klimatach retro a zobaczyć na ekranie Mustanga dodatkowo dodaje smaczku. Stąd właśnie problem z klasyfikacją tej produkcji ja jednak wsadziłbym ją do worka sci-fi. Efekty specjalne na wysokim poziomie (brawo panie Spielberg) oraz budowanie napięcia na wzór serii filmów o Alienie. 
Kilka słów krytyki. Generalnie miałem wrażenie, że film toczy się dwutorowo. Pierwszy wątek to historia powiązana z wypadkiem i jej logiczne następstwa a drugi życie osobiste poszczególnych bohaterów. W drugim z nich mamy śmierć matki syna szeryfa i jego próby nawiązania kontaktów z synem, nastoletnią miłość, pasję młodych ludzi i ścieranie się różnych charakterów, ojca alkoholika i wiele innych kwestii. Wszystkie te relacje jakkolwiek ciekawe mają znikomy wpływ na rozwój wypadków i stanowią jedynie tło spokojnie mogące utworzyć scenariusz na oddzielny film. Druga kwestia (wiem może i się czepiam) głowni bohaterowie to przede wszystkim dzieci, nastolatki. Nierealnym wydaje mi się by ich rówieśnik postawiony w sytuacjach filmowych (wypadek samochodowy, wybuchające wagony i spadające wokół palące się szczątki, wojskowa strzelanina czy wszelkie inne pirotechniczne zawieruchy) byłyby w stanie zachować zimną krew i racjonalnie myśleć. Poza jednym bohaterem, który w sytuacjach krytycznych wymiotował i trząsł portkami, pozostali bohaterowie zawsze wychodzili z opresji zachowując się jak zimnokrwiści żołnierze Navy Seals. Ale to tylko moje spostrzeżenie i c'mon it's only a movie gimme a break.  

sobota, 30 kwietnia 2011

Samuraje po tarantinowsku - o dylogii Kill Bill słów kilka

Nie było mi dane przez dłuższy czas obejrzeć w całości jednej z głośniejszych i leciwej już produkcji Quentina o wdzięcznym tytule Kill Bill. Jako świeżo upieczony fan tegoż reżysera i scenarzysty była to sytuacja niedopuszczalna dlatego też udało mi się naprawić ten błąd wczoraj. Tego dnia bowiem skończyłem krótką przygodę z Czarną Mambą i jej krwawą zemstą na jej byłym pracodawcy. Jak się ta wojaż skończyła - zaraz się okaże.

Kill Bill vol. 1 

Przygoda rozpoczyna się od krótkiego flashbacka sprzed 4 lat kiedy to główna bohaterka dostaje kulkę w łeb od nieznanego bliżej strzelca. Okazuje się jednak, że przeżyła ten eksces i zamierza zemścić się na jej oprawcach. To tyle jeżeli chodzi o scenariusz. Oczywiście w skrócie ponieważ cała historia nie jest wcale taka prosta. Tarantino bowiem przez całą serię stosuje zręczny system takich skoków w przeszłość ukazujących coraz to więcej szczegółów na temat samej bohaterki Thurman jak i pozostałych postaci. Trzeba podkreślić, że system ten bardzo przypadł mi do gustu bowiem film ogląda się z zaciekawieniem do ostatniej minuty przy czym nawet na końcu głód informacji nie zostaje w pełni zaspokojony i druga część jest jak najbardziej uzasadniona. W tej części Quentin wyraźnie postawił na akcję. Jesteśmy bowiem świadkami licznych, krwawych scen akcji pełnych ucinanych głów, kończyn i nienaturalnie tryskających pod sam sufit fontann juchy. Czarna Mamba dostaje także sławny już miecz samurajski wykuty przez najwyśmienitszego mistrza Hattori Hanzo, który to oręż doskonale wykorzystuje zapewniając nam, widzom, wiele batalistycznych wrażeń. Pomysłowość licznych zgonów i ekwilibrystycznych wyczynów nie ma końca co w połączeniu z mocno zorientalizowanym tłem daje bardzo unikalny klimat. Ciekawym pomysłem jest także niekrótka wstawka japońskiego anime z całkiem niezłą kreską przedstawiającym historię jednej z przeciwniczek głównej bohaterki granej przez Lucy Liu. Mimo całego ferworu akcji, ogromnej dawki przemocy i czarnego humoru część ta ma charakter wstępny co widać przez niewielką ilość poruszonych kwestii. 

Kill Bill vol.2

O tyle "jedynka" pokazywała nam niebagatelne umiejętności sztuk walki czy to na pięści czy to przy pomocy ostrych przedmiotów to "dwójka" skupią się na innym aspekcie. Mianowicie, pokazuje nam (ponownie w systemie "skoków w tył") wiele ciekawych szczegółów z przeszłości Czarnej Mamby. Dopiero w volume 2 widać wspaniała galerię przeróżnych postaci, z których każda żyje własnym życiem, ma swoją przeszłość i znajduje się na innym etapie swej egzystencji. Każda z nich to indywidualność i każdej z nich poświęcony jest odrębny rozdział tej historii. W tej części wyraźnie położono nacisk na merytoryczną treść opowiadanego fragmentu biografii głównej bohaterki, której prawdziwe imię wyjawione jest dopiero pod sam koniec (kolejny oryginalny element bowiem gdy któraś z postaci wymawiała to imię było ono zręcznie "wypikiwane" niczym przekleństwo w publicznej TV). Tutaj dopiero wyraźnie zauważalne były umiejętności poszczególnych aktorów (byłem pod szczególnym wrażeniem gry Michaela Madsena) oraz charakterystyczne dla Tarantino długie, na pozór nieistotne dialogi budujące napięcie i klimat. Ciekawym elementem był rozdział opowiadający o treningu Czarnej Mamby u mistrza Pai Mei. Dla wprawnego oka zauważalny był kolejny zabieg kinematograficzny bowiem sam wygląd mistrza kung-fu, praca kamery i odgłosy walki (charakterystyczne ujęcia, ciągłe przeskoki i zbliżenia z jednej twarzy na drugą) przywodzi na myśl chociażby Wejście Smoka. Dla mnie ta tarantinowska, nazwijmy to, "zabawa spuścizną kina" jest najlepszym dowodem kunsztu tego reżysera i mimo jego ekscentryzmu zasługuje na słowa pochwały i pozostaje w spektrum moich ulubionych ludzi przemysłu filmowego. "Dwójka" porusza wiele kwestii, może nawet zbyt wiele, i mimo jedynie dwóch godzin projekcji niektórzy widzowie mogą się poczuć znużeni. Mnie osobiście jednak druga część przygód walecznej i konsekwentnej wojowniczki zdecydowanie bardziej przypadła do gustu.

Podsumowanie

Gwoli zakończenia trzeba wspomnieć o tym, że oba te filmy stanowią komplementarną i spójną całość. W obu częściach występują elementy spajające, zarówno fabularne jak i techniczne, które powodują, że oba filmy zlewają się w jedność. Dla przykładu - podział na rozdziały, który w drugiej części rozpoczyna się od środka, rozbudowane napisy końcowe dwójki ukazujące fragmenty obu woluminów (techniczne) czy też tajemnicze potomstwo głównej bohaterki oraz tytułowy Bill (fabularne). Generalnie jeżeli ktoś jeszcze nie miał okazji widzieć tego dzieła gorąco poleciłbym je obejrzeć w całości od początku do końca jednak wiem, że mogę być trochę nieobiektywny w moich sądach. Przypadkiem dowiedziałem się pisząc ten tekst, że w 2014 roku planowana jest 3 część tego cyklu co niezmiernie mnie ucieszyło i czekam co z tego wyjdzie.        

środa, 13 kwietnia 2011

Oskarowych filmów ciąg dalszy czyli nadrabianie zaległości

Jak to zawsze bywa z powodu braku czasu i mnogości filmów pojawiających się na ekranach pojawiają się zaległości, które trzeba jak najszybciej nadrobić. Teraz w kwietniu 2011 mogę powiedzieć, że moje "tyły" w aktualnej kinematografii zostały w pewnym stopniu nadrobione. 

Zaradna dziewczynka i podstarzały szeryf czyli bracia Cohen na dzikim zachodzie

Prawdziwe męstwo to ciekawa historia o tym jakie to nasze życie ludzkie potrafi być wredne i okrutne. Przekonała się o tym młodziutka Mattie Ross (Haile Steinfeld), której ojciec zginął z ręki paskudnego rzezimieszka. Została na tym świecie sama z chorą matką i małymi dziećmi. Jednak Mattie nawet na chwile nie straciła rezonu i postawiła sobie za cel zemstę za bezsensowną śmierć swego rodziciela. W tym celu wynajmuje rzekomo najlepszego head-huntera w okolicy - szeryfa Cogburn'a - w którego to wciela się znakomity Jeff Bridges. Film przedstawia interesującą opowieść o tym, że w życiu zawsze trzeba przeć na przód i dążyć do celu a sojuszników i prawdziwych przyjaciół można znaleźć pośród ludzi, których nigdy by się o to nie posądzało. Nominacja dla młodziutkiej Steinfeld przyznana bardzo trafnie za wykreowanie samodzielnej i nie przebierającej w słowach nastolatki oraz w pełni zasłużone wyróżnienie dla Bridgesa za doskonały portret zgorzkniałego i aroganckiego rewolwerowca o wątpliwej reputacji.  

Baa... baa... bardzo trudno jest być królem czyli Colin Firth jako Jerzy VI

Wychwalany pod niebiosa i laureat wielu Oscarów Jak zostać królem wzbudził we mnie tylko i wyłącznie pozytywne odczucia. Zdecydowanie zasłużona nagroda dla Colina za niesamowite wykreowanie postaci jąkającego się króla. Ukazał różnorodną i momentami nieprzewidywalną postać o silnym charakterze i determinacji do samodoskonalenia. Dzięki temu filmowi świat mógł w końcu ujrzeć i przekonać się, że monarcha, jak każdy szary człowiek, jest tylko zwykłą i niedoskonałą istotą ludzką z problemami. Film ten to także historia przyjaźni - szczerej i prawdziwej - między ludźmi z różnych światów, którzy mimo barier potrafili znaleźć wspólny język. To także opowieść o tym, że jeżeli ma się wsparcie bliskich osób i chęć działania to przy odpowiednim wkładzie pracy można zdobyć każdy szczyt i osiągnąć co tylko się zechce. Jak zostać królem to poruszająca i wieloaspektowa ilustracja człowieka takim jakim jest godna polecenia każdemu. 

Gdzie jest Jessup? czyli amerykańska rzeczywistość w Winter's Bone

Film mocno osadzony w realiach amerykańskiej prowincji. Bardzo toporny i ciężki w odbiorze z monotonną fabułą. Do szpiku kości do bardzo nieprzystępna dla przeciętnego widza opowieść o trudnym żywocie jednej z wiejskich rodzin w USA w bardzo surowej oprawie wizualnej. Film do mnie kompletnie nie przemówił i poleciłbym go jedynie koneserom.

czwartek, 7 kwietnia 2011

Rytuał / The Rite (2011)

Od jakiegoś czasu nie byłem w kinie dlatego też przejrzałem pobieżnie kilka repertuarów. Natrafiłem na Rytuał i od razu przykuł moją uwagę, szczególnie ze względu na Anthonego Hopkinsa. No i stało się - poszedłem na seans i ... no właśnie, źle się stało. Już piszę dlaczego.
Na starcie film miał przewagę - oparty na prawdziwych wydarzeniach, złe moce i demony oraz Hopkins jako egzorcysta. Jednak potrzeba było nie więcej niż 20 minut aby mój entuzjazm odszedł w siną dal. Wątpiący, w istnienie nadprzyrodzonych mocy młody kleryk jest tuż przed ostatnimi przysięgami. Michael Kovak (bo tak nazywa się niedoszły klecha) decyduje się złożyć rezygnację i wycofać się w ostatniej chwili. Ojciec przełożony jednak nie chce tracić zdolnego i obiecującego sługi bożego. Proponuje mu (uwaga!) specjalny kurs na egzorcystę odbywający się w Watykanie. Moje pytanie brzmi - że co?! słucham?! Pierwsza niedorzeczność, która wyraźnie odbiła się na moim odbiorze całości. To teraz możemy pojechać sobie do Stolicy Apostolskiej i zrobić dyplom z przepędzania demonów? Co więcej wykłady w ramach tego studium odbywają się w sali niczym ze statku Enterprise przy pomocy futurystycznych urządzeń rodem ze Star Wars. I na tym nie koniec. Kurs prowadzi ksiądz Xavier doskonale władający językiem angielskim z grymasem wypowiadający słowa "Oh, this American" na powitanie Michaela. Watykan zatem kształci profesjonalnych, dyplomowanych egzorcystów. Ciekawa sprawa, może kiedyś skuszę się na taki kursik i wpiszę "Łowca Demonów" w CV.
Mówiąc krótko i zwięźle - im dalej w las tym gorzej. Gdy Michael spotyka się z ojcem Lucasem (Hopkins) akcja nabiera rozpędu. Początkujący kleryk jest świadkiem wielu egzorcyzmów, które można eufemistycznie określić jako banalne żeby nie powiedzieć idiotyczne lub żałosne. Kompletnie nie przekonujące a momentami komiczne sceny wypędzania złych mocy spowodowały, że to co w zamierzeniu twórców miało przerażać w rzeczywistości śmieszyło lub wywoływało pełne politowania spojrzenia. Nawet próba implementacji egzystencjonalnych i filozoficznych rozmów na dogmatyczne tematy religijne tj istnienie Boga i Szatana, czy też empiryzm i racjonalizm kontra wiara, nie wniosły niczego co poprawiłoby całokształt. Rozmowy te nie wywierały żadnym znamiennych skutków w fabule i były jakby poza wszystkim dookoła. Dopatrzyłem się także paru nieścisłości w scenariuszu spoiler start jak np. pojawiająca się ni z gruszki ni z pietruszki żaba podczas egzorcyzmu czy ostateczna scena wypędzania demona z ojca Lucasa kiedy Michael doznaje w jednej chwili nagłego objawienia i zyskuje niesamowitą moc niczym w hollywoodzkich filmach wojennych spoiler stop
Film od statusu kompletnego gniota ratuje jedynie kunszt i warsztat aktorski Hopkinsa. Z jego twarzy można było odczytać wszystkie emocje - gniew, zakłopotanie, zdziwienie czy smutek. Jego naturalność wypowiadania poszczególnych kwestii była zadziwiająca. Co prawda rola roztargnionego egzorcysty odbierającego komórkę podczas rytuału nie była może czymś przełomowym w jego karierze to jednak chylę czoła przed jego umiejętnościami. Ogólnie jednak nie polecam wybierać się do kina - szkoda pieniędzy i czasu. Film ani nie zachwyca oryginalnością scenariusza ani nie pokazuje nic nadzwyczajnego od strony technicznej. Jeżeli natomiast interesuje Was tematyka egzorcyzmów zdecydowanie polecam Egzorczymy Emily Rose, Dorothy Mills oraz jeżeli ktoś nie miał jeszcze okazji widzieć to także klasyki takiego kina czyli Egzorcysta czy Omen.
      

wtorek, 15 marca 2011

The Fighter (2010)

Boks to dyscyplina sportu będąca w spektrum zainteresowania przemysłu filmowego od dawna. Poczynając od klasyki kina czyli Wściekłego Byka z Robertem DeNiro, poprzez ulubiony tasiemiec komercyjnych stacji telewizyjnych ze Stallonem, kończąc na całkiem nowych produkcjach tak jak opisywany przeze mnie Wskrzeszenie Mistrza z Saulem L. Jacksonem czy Cinderella Man z Russellem Crowe w roli Jimmy'ego Bradocka. Fighter także kręci się wokół boksu - osoby niegdyś będącej u szczytu sławy oraz młodego, obiecującego sportowca. Są to bracia Dicky Eklund (Christian Bale) oraz Micky Ward (Mark Wahlberg). Na pierwszy plan wysuwa się także bardzo liczna i specyficzna rodzinka tych dwóch bokserów, w szczególności do przesady troskliwa i zaborcza mamusia Alice (Melissa Leo).
Film przedstawia nam bardzo pokręcone realia w których żyją głowni bohaterowie. Niemłody już jak na zawodowy sport Micky trenuje pod okiem swojego brata, a jego menedżerem jest nie kto inny jak ukochana mamusia. Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że Dicky od lat jest uzależniony od cracku i całe dnie spędza w nieodległej melinie nie przychodząc tym samym na treningi. Alice natomiast nie widząc poważnego problemu swego pierworodnego uważa, że tylko rodzina może zapewnić Mickiemu zarówno szczęście jak i sukces zawodowy. Niestety sytuacja nie przedstawia się tak kolorowo ponieważ polityka menadżerska całej tej familii okazuje się być nieracjonalna i kierowana bliżej nieokreślonymi pobudkami. Czara goryczy przelewa się w momencie gdy młodszy z braci dostaje solidnego łupnia od 9 kilo cięższego przeciwnika, z którym w ogóle nie powinien był walczyć. Wówczas Mickey poznaje lokalną barmankę, która okazuje się być jego bratnią duszą i gotowa jest go wspomóc na wyboistej drodze do lepszego jutra.
Fighter jest filmem gdzie boks stanowi pewien element spajający. Co prawda życie bohaterów cały czas skupione jest na tej dyscyplinie sportu jednak obraz ten ma zdecydowanie szerszy kontekst. Pokazuje bowiem jak wygląda życie sportowca z małej amerykańskiej miejscowości Lowell - członka niewielkiej społeczności gdzie każdy wie wszystko o każdym. Mieszkańcy trzymają się w zwartych kręgach, najczęściej w gronie rodziny i najbliższych przyjaciół. Gdy tylko coś się wydarzy, niezależnie czy dobrego czy wręcz przeciwnie, natychmiast jest o tym głośno w całej okolicy. Fighter pokazuje także, dla mnie patologiczny, obraz rodziny Mickiego i Dickiego. Mamusia mająca mająca monopol na rację i obsesję na punkcie "obcych", których jedynym celem jest oszustwo i wyzysk jej ukochanych synków. Alice jest dumna ze swojego pierworodnego i cały czas żyje jego sukcesami z przeszłości. Jej zdaniem Micky bez swojego brata nie ma szans na sukces co oczywiście jest sprzeczne z rzeczywistością. Dicky natomiast, niegdyś Duma Lowell, jest nikim więcej jak tylko lokalnym ćpunem, włóczącym się po okolicy, spędzający czas w lokalnej melinie i parający się drobnymi przestępstwami. Żyje marzeniami o chwale, która kiedyś była na wyciągnięcie ręki. W środku tej całej spirali beznadziejności i stagnacji żyje Micky - głodny sukcesu, ambitny i utalentowany młody bokser. Jednak mając z jednej strony zawistną i zaborczą mamusię wpatrzoną w swojego starszego, staczającego się syna jak w obrazek a z drugiej Dickiego kompletnie oderwanego od świata zewnętrznego Ward nie ma szans na wybicie się. Młodym bokserem targają przeciwstawne emocje. Kocha swoją rodzinę i wszystkie swoje umiejętności zawdzięcza bratu jednak widzi również w pełni obiektywnie, że znajduje się impasie i musi podjąć zdecydowanie kroki by go przełamać.
Świetna gra aktorska Christiana Bale'a zdecydowanie wzbogaciła postać Dickiego Eklunda. Musiał sporo schudnąć ponieważ w filmie wyglądał jak śmierć na chorągwi. Synteza wiarygodnego wyglądu oraz przekonującej gry aktorskiej ukazały nam uderzający obraz człowieka uzależnionego od narkotyków. Zgadzam się także z nominacją do Oscara Melissy Leo za drugoplanową rolę kobiecą. Ukazanie niezwykle barwnej postaci Alice nieznacznie odstawała od roli Bale'a. Zawiodłem się jedynie na końcówce od której wiało schematyzmem i przewidywalnością. Całokształt jednak prezentuje się bardzo ciekawie i warto poświęcić na ten film chwilę wolnego czasu.    
 

piątek, 11 marca 2011

Opór / Defiance (2008)

Krótko o wczorajszej domowej projekcji. Przeglądając internet dowiedziałem się, że na TVN-ie leci jakiś film z Craigiem w realiach WWII. Czym prędzej przełączyłem mój odbiornik na wspomniany kanał. Rzadko oglądam filmy na tego typu stacjach z jednego wiadomego, znanego wszystkim względu - reklam. Tym razem zrobiłem jednak wyjątek ze względu na tematykę ostatnio będącą w obszarze moich zainteresowań. 
Film wprowadza nas w realia wojennych prześladowań i mordów żydów w europie wschodniej. Heroiczni bracia Bielscy próbują wraz z kilkoma uciekinierami ukryć się i przetrwać w jednym z białoruskich lasów. Jednak wieść o ich poczynaniach szybko się rozchodzi i do ich obozu napływają coraz to nowe ofiary prześladowań. Jako ludzie o wielkich sercach przyjmują ich do swojego grona, które ostatecznie urasta do wielkości małej społeczności. Film przedstawia nam wzloty i upadki tego przedsięwzięcia, problemy jakie  wiążą się z utrzymaniem w homeostazie tak dużej grupy ludzi w warunkach ciągłego zagrożenia ze strony niemieckiego agresora. 
Zacznę od tego, że jest to oczywiście produkcja amerykańska i widać to na każdym kroku. Za każdym razem trochę śmieszy mnie obsadzanie aktorów hollywoodzkich czy ogólnie anglojęzycznych w rolach europejczyków, w szczególności ze wschodniej części tego kontynentu. Przykładów takiego zabiegu jest kilka jak chociażby Adrien Brody jako Szpilman w Pianiście czy Nicolas Cage wcielający się w postać rosyjskiego handlarza bronią Jurij Orlova. W "Oporze" Daniel Craig kreuje natomiast postać Białorusina Tuvia Bielskiego. Efekt tego jest dość komiczny bo aktor ten, z pochodzenia Brytyjczyk, za wszelką cenę stara się nadać swej wymowie słowiański akcent. Nie pozostają mu dłużni pozostali odtwórcy głównych ról jak np. Liev Schreiber czy Jamie Bell - pozostali bracia Bielscy. Nie wpływa to natomiast na grę aktorską, która jest na całkiem niezłym poziomie.
Jak wspomniałem film jest, mimo przytoczonych realiów, na wskroś amerykański. Nie brakuje tu bowiem dramaturgii, heroizmu i bohaterstwa w walce, charyzmatycznych indywiduów i podbudowujących na duchu przemów do ogółu. Nie zabrakło także wątków miłosnych, wzruszających scen i samozwańczych, kompletnie nijak się mających do realizmu wojny akcji militarnych. Jesteśmy także świadkami braterskich waśni i rywalizacji oraz rozważań na temat moralności dokonywanych czynów. Ciekawym aspektem jest różnorodność postaci i cała galeria różnych charakterów, które w mniejszym lub większym stopniu wywierają jakiś wpływ na funkcjonowanie "Partyzantów Bielskiego". Film jest dość długi i biorąc pod uwagę liczne przerywniki trzeba było na niego poświęcić sporo czasu. Nie uważam jednak by był to czas stracony. Scenariusz jest bowiem oparty na faktach i można poznać historię zwykłych ludzi dla których dobro współbratymców jest wartością nadrzędną.