wtorek, 25 stycznia 2011

Skazany na bluesa (2005)


Chociaż puste mam kieszenie,
No i wódy czasem brak
Ja już nigdy się nie zmienię,
Zawsze będę żył już tak
Ale jedno wiem po latach
Prawdę musisz znać i ty:
Zawsze warto być człowiekiem,
Choć tak łatwo zejść na psy
    
Dżem "Autsajder" 

Postać Ryszarda Riedla jest znana każdej osobie choć trochę interesującej się polską sceną muzyczną. Jego talent muzyczny i niesamowity wokal w połączeniu z bluesem tworzyły jedyny i niepowtarzalny klimat dający się odczuwać na koncertach Dżemu oraz podczas słuchania nagrań tej grupy. Zdecydowanie należy powiedzieć, że zarówno Rysiek jak i jego zespół wpisali się w historię polskiej muzyki pozostawiając mnóstwo ciekawych kompozycji zarówno od strony instrumentalnej jak i lirycznej. To był jednak jedynie pewien zewnętrzny element życia frontmana zespołu, który przyćmiewał jego druga naturę. Z jednej strony Rysiek był uwielbianym przez tłumy rockmanem, który czerpał sporą satysfakcję z tego co robił. Z drugiej natomiast ponosił smutne konsekwencje decyzji podjętych w przeszłości oraz zmagał się z nieopisanymi trudnościami i przeszkodami. Skazany na bluesa opowiada historię człowieka o dwóch obliczach. Człowieka pałającego bezgraniczną miłością do tego robił ale jednocześnie walczącego z potwornym i męczącym uzależnieniem od narkotyków. 
Ryśka (granego przez Tomasza Kota) poznajemy jako młodego chłopaka prowadzącego spokojne życie na Śląsku. Nie był on jednak ani skory do nauki, ani też chętny do podjęcia pracy. Włóczył się całymi dniami bez konkretnego celu lub też bez grosza przy duszy podróżował autostopem w różne części naszego kraju. W takich okolicznościach poznał kobietę swojego życia i z duża dozą przypadkowości trafił na próbę zespołu. Po zaprezentowaniu swoich umiejętności wokalnych został jednogłośnie przyjęty do grupy starszych od niego muzyków. Tak własnie zaczęła się jego wspaniała przygoda z bluesem, muzyką, którą pokochał na zawsze. Nikt jednak nie wie kiedy rozpoczął swoje obcowanie z narkotykami będących jego drogą ku potępieniu.
Dalsze losy Ryśka są przedstawione wybiórczo i pokazują jedynie niektóre aspekty jego życia. Trzeba w tym względzie przyznać twórcom filmu, że wybrali najistotniejsze i najbardziej uderzające fragmenty jego krótkiego i burzliwego żywota. Film doskonale oddawał dwoistość jego egzystencji. Z jednej strony pokazywano jego pełne emocji występy i wiwatującą publiczność by w kolejnym ujęciu przedstawić obraz słabości i nędzy, ciepiącego i  uzależnionego od narkotyków gotowego uczynić cokolwiek dla zaspokojenia swojego głodu. 
Skazany na bluesa próbuje poruszać także kwestie życia rodzinnego wokalisty Dżemu. Ojciec milicjant, z którym Rysiu nie mógł znaleźć wspólnego języka, kochająca żona (Jolanta Fraszyńska) czy też syn Bastek - wszystkie te osoby bardzo mu bliskie w miarę popadania w coraz to głębsze uzależnienie stawały mu się bardziej obce. Niektóre ze scen w filmie wzruszały i wywoływały szczery smutek. Inne z kolei skłaniały do refleksji na temat tego co w życiu najważniejsze. 
To co mnie osobiście najbardziej uderzyło w filmie to bardzo wyraziście (najpewniej dzięki wysiłkom Tomasza Kota) zobrazowana i kilkakrotnie podkreślana miłość, można by rzec bezgraniczna i ślepa, do muzyki. W nawet najbardziej ciężkich momentach swego życia Rysiek zawsze znalazł siłę by robić jedyną rzecz, która wychodziła mu najlepiej i w jakiej był bezsprzecznie dobry - śpiewać. 
Trzeba także podkreślić, że w frontman Dżemu nie do końca zaakceptował rzeczywistość w jakiej się znajdował. Nie potrafił odnaleźć swego miejsca w jego obecnej sytuacji popularnego i uwielbianego przez tłumy gwiazdy. W głębi duszy zawsze pozostawał prostym, pragnącym jedynie tworzyć muzykę chłopakiem z tyskiego blokowiska, którego przytłoczył ciężar sławy. To także znajduje swój wyraz w filmie podczas jego rozmów z Indianerem. Ten ostatni także stanowi bardzo oryginalny i ciekawy element filmu. Indianer stanowi swoista fuzję wszystkich najbliższych przyjaciół Riedla, uosobienie jego wewnętrznej wolności. Ze wszystkich ich wspólnych pogawędek można wysnuć kilka wniosków. Najistotniejszym z nich byłby ten, że Rysiek w trakcie swojej kariery żył poza rzeczywistością. Pragnął beztroskiego bytu w sferze marzeń bez żadnych problemów doczesnych.
Skazany na bluesa jest bardzo ciekawą historią opisującą życie jednego z najwybitniejszych muzyków polskiej estrady. Jest to opowieść o człowieku wewnętrznie sprzecznym ponieważ z jednej strony był szczęśliwy robiąc w życiu to co kochał z drugiej natomiast przytłoczony ciężarem rzeczywistości uciekał w narkotyczny trans. Bez wątpienia Ryszard Riedel pozostanie w naszej pamięci jako wybitny muzyk a jego dziedzictwo w postaci genialnej muzyki jaką tworzył wraz ze swoim zespołem zostanie przekazane nastepnym pokoleniom. Słowami, które najlepiej podsumowują jego życie to te wypowiedziane przez niego samego na jednym z koncertów: „Dla was zawsze będę śpiewał… do końca”.

sobota, 22 stycznia 2011

Weekend (2011)

Kiedy usłyszałem, że na ekrany ma wejść nowy polski film i to w reżyserii Czarka Pazury miałem mieszane uczucia. Z jednej strony, polski przemysł filmowy zasypywał nas ostatnimi czasy różnymi produkcjami z gatunku komedii, z których jedne należały do bardziej udanych inne nie miały tego przymiotu dlatego też słysząc, że Czarek kręci komedię trochę zrzedła mi mina. Co więcej "komedia gangsterska" (bo tak własnie krótko i treściwie ów film był opisywany) natychmiast kojarzy się z klasykami Lubaszenki, którym na prawdę ciężko dorównać. Z drugiej strony jednak miałem cichą nadzieję, że pan Pazura powróci do starych dobrych czasów Freda i Gruchy, i że spod jego warsztatu wyłoni się coś wyróżniającego się pośród tłumu polskich, kinowych średniaków. Po dzisiejszym seansie mogę śmiało stwierdzić - nie zawiodłem się.
Początek iście tarantinowski – drogie fury, tajemnicza walizka z drogocenną zawartością, strzelanina, krew i flaki – czyli to czego wymaga się od dobrego kina sensacyjno-gangsterskiego. Innymi słowy film ruszył z kopyta i w miarę rozwoju akcji nie odpuszczał. Intryga w filmie jest prosta niczym kodeks mafii – bezwzględny mafioso Norman (Wilczak) traci swoją własność, który to chcąc ją odzyskać ucieka się do różnych, czasem bardzo radykalnych środków. Przez większość filmu śledzimy losy głównych bohaterów - Maxa (Małaszyński) i Guli (Lewandowski), którzy nieświadomie zostają wplątani w wyżej opisany proceder. Dialogi tych dwóch facetów wywoływały niepohamowane salwy śmiechu zarówno z mojej strony jak i całej widowni w kinie. Dosłownie co chwilę pojawiał się jakiś tekst czy też wymiana zdań, których nie dało się inaczej przyswoić jak tylko roześmiać się w głos. Taka atmosfera utrzymywała się przez większość filmu i nie traciła rozpędu, ponieważ co rusz pojawiały się nowe postacie i nowe dialogi naszpikowane prześmiewczymi komentarzami, uszczypliwymi uwagi czy też celnymi ripostami. Poza świetnymi dialogami mocnym punktem jest także cała galeria postaci, z których każdej bez problemu można było przypisać pewne indywidualne cechy wyróżniające je od innych. Jedynie dla przykładu można wymienić bardzo bezpośredniego w relacjach międzyludzkich pana Komisarza, dbającego tylko o własne interesy Stefana czy też Johnnego – bardzo wygadanego i przemądrzałego geja, syna szefa Maxa i Guli kończąc na ciągle naprzykrzającym się gangu Cygana.
Weekend stoi także na przyzwoitym poziomie jeżeli chodzi o efekty specjalne, wyczyny kaskaderskie czy inne elementy kina akcji. Bardzo podobała mi się zastosowana w kilku scenach metoda „bullet-time” znana z filmów Matrix. Zdecydowanie dodawało to dynamizmu scenom walki i strzelaninom oraz stanowiło podmuch świeżego powietrza znanych wszystkim porachunkom gangsterów. Obligatoryjna scena w filmach sensacyjnych czyli pościg samochodowy również można odnaleźć w obrazie Pazury. Istotnym jest także ograniczenie do minimum wątku miłosnego. Jest to o tyle ważne, że w tego typu filmach nie powinno być miejsca na ckliwe przekomarzania i wyznania a niestety niektórym reżyserom się to zdarza (najczęściej po to by podnieść jakoby rangę filmu do „ambitnego” czy też mającego „drugie dno”).
Moim zdaniem swoistą wisienką na torcie były, aczkolwiek podkreślam, iż jest to jedynie czysto subiektywna opinia, zawarte w filmie „smaczki”. Chodzi Mie tutaj o pewne na pozór niezauważalne szczegóły, które mogą spostrzec tylko nieliczni spośród grona odbiorców. Przechodząc do meritum, bardzo zaintrygował mnie fragment rozmowy o kobiecych stopach, który do złudzenia przypominał mi legendarną rozmowę Jacksona i Travolty z Pulp Fiction. Czyżby Czarek na tyle lubił Tarantino i zrobił to świadomie czy też jest to zwyczajny zbieg okoliczności? Tego nie wiem ale ten element miło mnie zaskoczył. Drugi ze „smaczków” dotyka mnie bardzo osobiście jako mieszkańca polskiej stolicy XIX-wiecznego włókiennictwa. Mianowicie większość filmu (może nawet i w całości?) była kręcona w Łodzi, co dla rodowitego łodzianina niewątpliwie dodaje mu uroku. Miło było zobaczyć znane mi z codziennego życia al. Kościuszki, stare bloki na Bałutach, Manufakturę czy też podziemny parking pod Silver Screenem. Do tego typu elementów można także dodać bardzo udane a zarazem zabawne epizody Radka Pazury, Olafa Lubaszenki czy nawet samego Czarka. 
Podsumowując najnowszy film Czarka Pazury jest zdecydowanie produkcją udaną, którą śmiało można określić mianem dobrej komedii gangsterskiej. Moim zdaniem, jest to godny następca klasyków takich jak „Chłopaki nie płaczą” czy „Poranek kojota” gdzie świetne zbalansowana akcja i humor dają naprawdę kawał dobrej rozrywki.

środa, 19 stycznia 2011

Let me in / Pozwól mi wejść (2010)

Jednym z ulubionych zajęć amerykańskich kinematografów jest robienie remake'ów co przejawia się zarówno przerabianiem tych zagranicznych jak i odgrzewaniem kotletów z ich własnego podwórka. "Let me in" znajduje się w tej pierwszej kategorii. Oryginalny pomysł należy Szwedów, którzy w 2008 wyprodukowali film o tytule brzmiącym w wolnym tłumaczeniu "Let the right one in". Na tym rzecz jasna podobieństwo się nie kończy. Amerykanie już wcześniej (przykładowo remake hiszpańskiego REC) pokazali, że zasada kopiuj/wklej z małymi poprawkami występuje nie tylko podczas pisania referatów w ogólniaku, lecz także w lukratywnym przemyśle filmowym. Tak się złożyło, że oglądałem zarówno oryginał jak i amerykańską wizję. Muszę przyznać, że o ile szwedzka produkcja mnie zafascynowała to zeszłoroczny remake z zachodu mile mnie zaskoczył. 
Moim zdaniem filmu nie należy streszczać nawet w pobieżnej recenzji by nie psuć widzowi wrażeń. Jedyne o czym można wspomnieć, i z góry otwarcie o tym mówię, że jest to twór dość specyficzny i może nie przypaść niektórym widzom do gustu. Wspomniałem wcześniej, że zostałem mile zaskoczony tym dziełem a dzieje się tak z kilku powodów. Po pierwsze, oryginalny obraz szwedzkich twórców, nawet jak na laickie oko, był raczej produktem niskobudżetowym jednak dzięki niesamowitej nocnej, zimowej scenerii, powolnym lecz nie nużącym biegiem wydarzeń oraz świetnym ujęciom i idealnie wpasowanym niedomówieniom potrafił zbudować niesamowicie ciężki i mroczny klimat. Tego zazwyczaj brakuje w amerykańskich horrorach, które raczej stawiają na mocne wrażenia i skrajne emocje. Własnie w tym miejscu zachodni producenci stanęli na wysokości zadania utrzymując najmocniejszy punkt tego filmu czyli niepowtarzalny klimat. Po drugie, cechą charakterystyczną amerykańskich horrorów jest to, że każdy kto widział przynajmniej kilka z nich od razu rozpozna, bez większych trudności, ich schematyczność i stylistykę. "Let me in" zrywa z tą regułą i na początku dziwnie się czułem słysząc język angielski. No i po trzecie, dobrze dobrane główne role i ich sugestywne odgrywanie przez dzieci. Jest to zdecydowanie jeden z mocnych punktów tej produkcji, ponieważ dziecko w tego typu filmach wzmaga poczucie strachu i bezradności potęgując tym samym mroczny klimat całej opowieści.
Za wadę zdecydowanie należy uznać nadmierne podobieństwo do oryginału. Z tego co udało mi się dojrzeć to poza prawie całkowicie powtórzonym scenariuszem, zdarzają się niemal identyczne ujęcia i sceny nie wspominając już o samych bohaterach.
Jako podsumowanie mogę ten film polecić przede wszystkim fanom dobrego kina grozy, którzy nie mieli okazji zobaczyć szwedzkiego oryginału i spokojnie mogę stwierdzić, że się nie zawiodą. Pozostałym natomiast, wedle uznania. Ja po zapoznaniu się z koncepcją skandynawską ponad półtora roku temu chętnie sięgnąłem także po zachodnią wersję dla odświeżenia dobrych filmowych wrażeń.   

Resurrecting the Champ / Wskrzeszenie mistrza (2007)

Na ten film trafiłem zupełnie przypadkowo buszując w internecie. Moją uwagę przykuła przede wszystkim rola Samuela L. Jacksona, którego ubóstwiam od momentu zapoznania się z Pulp Fiction. Generalnie rzecz ujmując - nie zawiodłem się. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że warto było tej produkcji poświęcić chwilę wolnego czasu.
Film opowiada historię młodego i ambitnego dziennikarza sportowego zajmującego się boksem (Josh Hartnett), syna znanego komentatora radiowego. Przez całą karierę Erick Kernan jest porównywany do swego ojca przez co jego życie zawodowe nie układa się  tak jakby tego chciał. Prywatnie Erick jest w separacji z żoną co utrudnia mu kontakty z ukochanym synkiem, któremu za wszelka cenę chce zaimponować. W tym impasie bez perspektyw na lepsze jutro Erick spotyka bezdomnego staruszka (Samuel L. Jackson), niegdyś sławnego boksera Boba Sutterfielda. Młody żurnalista wyczuwając doskonałą okazję by zmienić swoją aktualną sytuację, postanawia opisać historię jego historię...
Sama historia jest oparta na prawdziwych wydarzeniach. W tym miejscu zdecydowanie zgadzam się z poglądem, że to właśnie życie pisze najlepsze scenariusze. Film jest ciekawy i skłaniający do refleksji, nie tylko ze względu na sam główny wątek, ale także z powodu innych poruszanych kwestii. Opowiada o przyjaźni, która może połączyć ludzi niezależnie od sytuacji w jakiej się znajdują, ale także o tym co najważniejsze relacjach między ojcem a synem oraz podkreśla, że w życiu nie wolno się poddawać i trzeba ponosić konsekwencje podjętych decyzji.
To tylko niektóre ważniejsze kwestie poruszane przez film, które dopełnia świetna gra aktorska Samuela L. Jacksona. Doskonale wczuł się w rolę człowieka, który kiedyś był na samym szczycie a następnie stoczył się na niziny społeczeństwa. Grał człowieka, który starał radzić sobie ze smutną teraźniejszością znajdując pocieszenie w świetlanej przeszłości. Jego postać jest najlepszym dowodem na to, że nawet w najgorszej sytuacji można zachować pogodę ducha i wolę życia.
Podsumowując "Wskrzeszenie mistrza" to niezbyt skomplikowana ale pouczająca historia oparta na faktach opowiadająca o chwilach chwały i o goryczy porażki czyli dokładnie o tym, czym jest życie samo w sobie.