Zanim miałem okazję obejrzeć ten film spotkałem się z różnorodnymi a za razem skrajnymi opiniami na jego temat. Z jednej strony słychać było głosy zachwytu i zgody co do tego, że film ten słusznie został nominowany do Oscara. Z drugiego frontu napływały liczne mniej lub bardziej konstruktywne krytyki i ciągle przewijające się określenia "przereklamowany" czy też zdania "zawiodłem/am się na nim". Z mojego punktu widzenia zdecydowanie muszę opowiedzieć się po stronie tego pierwszego grona kinomanów.
Film przedstawia historię młodej baletnicy (Natalie Portman) starającej się o główną rolę w słynnym przedstawieniu baletowym Jezioro Łabędzie. Wydawać by się mogło, że tak opisany (co prawda w dużym i telegraficznym skrócie) scenariusz niczym nie zaskoczy. Nic bardziej błędnego! Cała historia jest bowiem pokazana przede wszystkim (a posunął bym się nawet do stwierdzenie, że "tylko") z perspektywy młodziutkiej Niny. Początkowo dziewczyna wydaje się być skromną, delikatną i do przesady naiwną tancerką, która nie widzi nic poza swoim małym, prywatnym światkiem baletu. Główna bohaterka jest osobą pracowitą i niesłychanie ambitną lecz tylko w swoim wąskim polu zainteresowania. Balet pochłonął ją bez reszty do tego stopnia, że zapomniała o swoim życiu towarzyskim i innych aspektach swej doczesnej egzystencji. Punktem zwrotnym w filmie, już na samym początku staje się casting do roli w Jeziorze Łabędzim. Reżyserem i choreografem jest ekscentryczny i kontrowersyjny Thomas (Vincent Cassel), który zamierza przedstawić ten słynny balet w nowatorskiej odsłonie gdzie jedna tancerka zagra rolę zarówno białego jak i czarnego łabędzia. Od tego momentu w Nina obrała sobie tylko jeden cel - główna rola - który staje się jej obsesją. Kierowana niezdrowymi ambicjami, afirmując stare porzekadło, że cel uświęca środki oraz nie widząc nic poza deskami parkietu w teatrze, Nina ostatecznie dostaje rolę jednak na tym nie kończą się jej problemy...
Czarny Łabędź ma dwa bardzo mocne punkty - ciekawą i różnorodną osobowość głównej bohaterki oraz genialną grę aktorską, przede wszystkim Natalie Portman. Odnosząc się do pierwszego elementu chce podkreślić, że chodzi mi o ukazanie przemiany jaką Nina doznaje na tle całego filmu. Transformacja ta najeżona jest zwrotami akcji i wieloma momentami niepewności co do dalszych wydarzeń. Z początku skromna i subtelna dziewczynka okazuje się być dręczona wieloma bolączkami natury psychicznej, fizycznej oraz socjologicznej. Wymienione czynniki zdają się tak mocno oddziaływać na jej charakter, zachowania i sposób odnoszenia się do otaczających ją bliskich, rówieśników i innych osób, że zmienia się nie do poznania. Te problemy narastają do takich rozmiarów, że obserwując wydarzenia praktycznie rzecz biorąc "z oczu" bohaterki widz w pewnych momentach może stracić orientację co do realności niektórych zjawisk. Nie należy jednak uznawać tego za wadę, wręcz przeciwnie, cała ta psychodeliczna otoczka i rozważania odnośnie realizmu zachodzących obrazów dodają mrocznego klimatu, potęgowanego jeszcze dodatkowo wybrzmiewająca bez przerwy w tle muzyką klasyczną.
Wszystkie te wydarzenia nabrały większego wyrazu i ekspresji dzięki świetnej grze Portman. Poczynając od samych przygotowań do filmu młoda aktorka musiała sporo schudnąć i, co najważniejsze, nauczyć się tańczyć balet. Jedne źródła mówią, że musiała ćwiczyć rok aby posiąść tę umiejętność inne natomiast twierdzą, że Natalie już wcześniej miała do czynienia z tą ciekawą i wymagającą sztuką. Tak czy owak była bardzo przekonująca zarówno podczas scen czysto aktorskich jak i tanecznych. Trzeba w tym miejscu wspomnieć, że pan Aronofsky postawił na siłę i bezpośredniość przekazu. Były tam zarówno skrajne emocje - wściekłość, rozpacz, bólu, smutek - jak i sceny przesiąknięte erotyzmem i seksem ponad granice przysłowiowej przyzwoitości. Nie zabrakło także ujęć jakimi nie powstydziłby się film grozy przez które niektórzy widzowie odwróciliby oczy z obrzydzeniem. Mając na względzie powyższe względy, rola Niny Sayers stała się jeszcze trudniejszą i bardziej wymagającą jednak została świetnie i przekonująco zrealizowana.
Czarny Łabędź to zdecydowanie film bardzo dobry jednak nie przeznaczony dla wszystkich odbiorców kina szczególnie ze względu na dobitność i bezpośredniość przekazu. Sam pomysł na film także może nie spodobać się każdemu widzowi ponieważ może okazać się zbyt ciężkostrawny. Tym niemniej jednak można pokusić się na poświęcenie chwili swojego czasu na ten film by wyrobić sobie o nim własne zdanie.

Zdecydowanie „Czarny łabędź” jest filmem godnym uwagi i polecenia - zgadzam się w tej kwestii całkowicie z moim przedmówcą. Sama słyszałam o tym filmie dużo sprzecznych opinii i bardzo chciałam przekonać się „na własnej skórze”, co takiego ma w sobie ten obraz, że wywołuje taki zamęt. Po seansie byłam szczerze zachwycona! Wyszłam z kina analizując poszczególne jego elementy i, prawdę mówiąc, tłuką mi się po głowie przemyślenia związane z nim. Dlaczego?
OdpowiedzUsuńDla mnie największym atutem „Łabędzia” jest jego niejednoznaczność, mnogość niedopowiedzeń, niuansów, które każdy widz może interpretować według własnego uznania. Przede wszystkim – postać samej Niny. Chylę czoła przed fenomenalną grą Portman, która w oszczędny, wręcz lakoniczny sposób zarysowała postać baletnicy, miotanej problemami natury psychicznej. Ale czy aby tylko psychicznej? Właśnie. Moim zdaniem nie wystarczy zaszufladkować bohaterki w ramach haseł „bulimia” czy „neurastenia” – brak stabilności psychicznej Niny był pochodną zjawisk, dziejących się w jej najbliższym otoczeniu. Chore ambicje matki, niespełnionej baletnicy, jej nadopiekuńczość czy chęć sprostania wymaganiom nauczyciela połączona z fascynacją jego osobą – to tylko kilka spośród wielu czynników, które wywołały burzę w głowie dziewczyny. Czy można oceniać psychiczne problemy Niny w izolacji od tego, co działo się dookoła niej, czego była ona świadkiem a nawet uczestnikiem? Otóż to – nic nie dzieje się bez przyczyny, człowiek nie jest bytem oderwanym od pozostałych jednostek ludzkich. Co zatem było przyczyną problemów bohaterki? Kto przyczynił się do jej załamania? A może to nie było załamanie? Atutem tego filmu jest brak odpowiedzi na te pytania. Bo czy można jednoznacznie zinterpretować i ocenić, to czego byliśmy świadkami, oglądając „Łabędzia”? Moim zdaniem – nie. I właśnie za to cenię ten film najbardziej.
Nie można nie zauważyć roli, jaką odegrała w stworzeniu tego obrazu muzyka. Libretto Czajkowskiego jest mistrzostwem samo w sobie, a połączenie tej muzyki z treścią baletu „Jezioro łabędzie” w uwspółcześnionym, nieco psychodelicznym wydaniu udało się reżyserowi genialnie! Muzyka nie jest tutaj tłem – ona kreuje, tworzy nastrój, buduje napięcie, ukazuje emocje, pozwala poczuć niepokój, lęk, a nawet odrobinę szaleństwa. A wszystko to w sposób delikatny, wysublimowany i dosadny zarazem.
Co jest rzeczywistością, wykreowaną na potrzeby tego obrazu, a co projekcją naszej wyobraźni, naszych przemyśleń i odczuć? Czy ocenianie tego filmu bez głębszej refleksji pozwoli na zrozumienie tego, co chciał przekazać jego twórca? I w końcu – co tak naprawdę chciał nam pokazać? O czym, o kim jest ten film? Czy oby na pewno wszystko to, co widzieliśmy na ekranie jest prawdziwe? A może to tylko nasze wyobrażenia, subtelne jak łabędzi puch i trudne do pojęcia?...